A gdyby tak... Aktualności Polecane

3,2,1… Zaczyna się wariactwo! A Kraków tradycyjnie weźmie w nim udział

Z jednej strony może się to wydawać trochę infantylne, ale z drugiej jest w tym sporo uroku. Bo o ile na co dzień jesteśmy smutasami, to podczas imprez piłkarskich stajemy się bardziej hiszpańscy niż sami Hiszpanie  – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Hiszpanie w bieganiu za piłką są dobrzy. Ich kibice mają się z czego cieszyć, bo swego czasu tamtejsi zawodnicy byli najlepsi na świecie. Mimo to w dniu meczu nie ma tu tabunów z szalikami na barkach. Nie ma wielkiego dopingu, śpiewów, euforii. Jest radość, piłkarskie święto, ale nie ekstaza.

To o tyle dziwne, że Hiszpanie podniecają się niemal wszystkim. Nawet gdy opowiadasz im o tym co zjadłeś na obiad, to są w stanie skwitować to przeciągłym „Wow!”. Ale na piłkę się to nie przekłada. Po prostu kibice jakich wielu na świcie.

Za to w Polsce, gdy byłam jeszcze w szkole podstawowej, koledzy zbierali do albumów naklejki z piłkarzami. Wymieniali się, kłócili, dochodziło nawet do kradzieży. Kilka lat później zbierali jakieś monety z podobiznami graczy, o które też trwała ciągła batalia. A gdy już „spoważnieli”, to kupowali gazety, analizowali tabele, wpisywali coś w różne rubryki, sprawdzali szanse.

Wtedy jeszcze nasi piłkarze grali słabo, a gdy już tę piłkę kopać się nauczyli, to nastąpiło ogólnopolskie szaleństwo. Każda pani domu zna Lewandowskiego, babcie cenią sympatycznego Błaszczykowskiego. Po czym wywieszają flagi na balkonach, a na krakowskim osiedlu podczas meczu Polaków słychać przeciągłe okrzyki euforii lub nieparlamentarne okrzyki w przypadku niepowodzenia.

Później są długie debaty, radość lub smutek. Pomalowane twarze, trąbki, tańce. I strefy kibica, o których już słyszę, że powstaną w Krakowie. Wiem, że choć Rosję od Krakowa dzielą tysiące kilometrów, to piłkarskie serce będzie biło pod Wawelem.

I choć wielką fanką piłki nie jestem, to już krakowianom zazdroszczę, bo w tej tętniącej życiem i żywiołowo reagującej Hiszpanii takiej imprezy może nie być.

Marta

Zdjęcie tytułowe / fot.  Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

 

Świetne wiadomości z Krakowa! W końcu nie trzeba się wstydzić i tłumaczyć