A gdyby tak... Polecane

Byłam bardzo blisko skrzywdzenia Polaków. Na szczęście pojawili się ONI

Kobieta siłuje się, szuka wzrokiem pomocy, ledwie daje radę. Dwóch panów w sile wieku i mięśni przygląda się, coś szepczą, aż wkrótce nie masz wątpliwości – intelektem dorównują co najwyżej amebie. Na szczęście kilka dni później ten paskudny obraz Polaka niemal wymazałam z głowy – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Miało być o tym, że Polacy są niefajni, a Hiszpanie uprzejmi, mili i otwarci wobec innych ludzi. Będzie jednak o tym, że nie ma nic gorszego niż generalizowanie.

Hiszpanie – mają ciepło, siedzą w knajpach, w zimie im nie śmierdzi, a południowa natura to nie wymysł socjologów, ale – jak mawia kolega – „sprawdzone info”.

No i Polacy – w dużej mierze maruderzy, umęczeni półrocznymi mrozami, z powodu lat komunizmu patrzący na wszystkich podejrzliwie. Zestawienie banalne, klasyczne – jedni dobrzy, drudzy źli, stojący tam gdzie ZOMO.

Wszystko do góry nogami

Tekst w głowie był już ułożony, aż tu nagle ciach – wszystko wywaliło się do góry nogami. Krótka wizyta w Polsce, parę dni z rodakami i gotowe. A raczej właśnie nie gotowe, wszystko do kosza. Choć może nie do kosza, a właśnie do opisania…

Wybraliśmy się pociągiem na rowery do Niepołomic. Dwukołowce do środka i ruszamy. W pociągach są takie specjalne miejsca na rowery, pod którymi akurat siedzieli dwaj panowie. Wtedy byli jeszcze panami, teraz określenie “frajer” byłoby dla nich pochlebstwem.

Najpierw grzecznie (bardzo grzecznie!) poprosiłam, by zwolnili miejsca przeznaczone dla rowerów. Popatrzyli jak na kosmitkę, swoje pewnie pomyśleli, ale w końcu zeszli burcząc coś pod nosem. To jednak dopiero był początek…

By zainstalować rower na specjalnych wieszaku, musisz jego przednie koło podnieść nad głowę. Podnieść, trafić w haczyk, zainstalować coś na dole… Pociąg jedzie, przyspiesza, rower waży z 15 kilogramów, a ja uprawiam z nim zapasy. Najpierw studiuję jak należy to zrobić, a później się męczę ze sprzętem, z którym pewnie facet miałby problem.

A co na to panowie (frajerzy)? Ano nic, stoją metr dalej z założonymi rękami i się patrzą. Gdyby nie ambicja, rzuciłabym tym gburom rowerem w twarz. Co że kobieta, że sobie nie radzi, że warto pomóc. Gnoje patrzą i jeszcze coś szepczą pod nosem. „Nienawidzę Was!” – pomyślałam, a przed oczami miała już sympatycznego Hiszpana, który w tej sytuacji nawet by nie pomógł, ale sam rower zapakował.

Hiszpana już nie trzeba

I o tym byłby tekst, gdyby nie sytuacja kilka dni później. Jeżdżenie po Krakowie z wózkiem z dzieckiem do łatwych zajęć nie należy. Tu brakuje chodnika, tam dziura na dziurze, a do tego rampy. Często długie, strome, raczej dla wysportowanego tatusia niż kobiety. I takiej właśnie rampie musiałam stawić czoła. Jeszcze na nią nie wjechałam, a do pomocy rzuciły się trzy osoby – młody facet, pani w średnim wieku i staruszka.

Wtedy nie marzyłam już o wysportowanym Hiszpanie, nawet nie przeszedł mi przez myśl. Pomyślałam tylko, że tych dobrych ludzi zabrakło mi w pociągu. I o tym, że dobrze, że są.

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Do wzięcia fajna fucha w ZIKiT-cie. Wymagania? Nieprzewidywalność