A gdyby tak... Polecane

Chamstwo, wyzwiska, bijatyki. W Krakowie trwa wojna troglodytów!

W obu sytuacjach bluzgi sypią się jak z karabinu maszynowego. A to i tak wersja soft, bo zdarza się, że ktoś komuś zagroził, złamał rękę lub wybił zęba. W Krakowie rowerzyści żyją z kierowcami jak pies z kotem, za to w Hiszpanii tolerancja jest dużo większa – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Nie dam moim hejterom satysfakcji, by znów mogli rzucać błotem. Nie napiszę, że kierowcy są be, a rowerzyści cacy. Nie stwierdzę, że biedni kierowcy muszą uważać na skretyniałych rowerzystów. Nie, ale z pełną odpowiedzialnością podkreślam: wśród jednych i drugich jest pełno troglodytów, przez co jazda rowerem/samochodem po Krakowie przypomina walkę w miejskiej dżungli.

Jednego kumplowi nie dość, że samochód zajechał drogę, to jeszcze kierowca go zwyzywał od “pedałów na rowerze”. Innego bezczelnie ktoś schlapał wodą z kałuży i jeszcze postukał się w głowę. A w drugą stronę? Mnie samej rowerzysta wjechał przed maskę, a gdy zatrąbiłam, pokazał środkowy palec. Z kolei inny zwyzywał mnie, bo ponoć zajechałam mu drogę. Z obu stron chamstwo pełną gębą.

Za to w Hiszpanii rower jakby wrósł w społeczeństwo. Już pisałam, że oni męskości i zasobności portfela nie mierzą koniami mechanicznymi, więc trąbienie na rowerzystę to żadne gierojstwo. Poza tym z dużym prawdopodobieństwem trąbiąc na rowerzystę, możesz trafić na swojego teścia/szwagra/zięcia/ojca/wujka/kuzyna. Bo tu jeździ wiele osób. Jeśli nawet nie po mieście, to rekreacyjnie, weekendowo.

Tu do rowerzystów ma się podziw. O ile u nas kojarzy się ich z hipsterami, to tam to są sportowcy-amatorzy. W miejscach, gdzie samochód tyrpie się na drugim biegu, oni wrzucają najlżejsze przełożenie i powoli kręcą w górę. Nikt nie śmiałby wtedy zatrąbić, a jeśli, to tylko po to, by dodać im otuchy.

W Hiszpanii nikt nie powie, że rowerzysta to palant, bo z dużym prawdopodobieństwem w towarzystwie siedzi kilku pasjonatów tego sportu, którzy miesięcznie wykręcają setki kilometrów. I w dużej mierze starają się to robić w taki sposób, by nie szkodzić kierowcom, bo wiedzą, że jutro oni też siądą za kółkiem.

Za to u nas linia podziału idzie prosto – albo jesteś przeciwko rowerzystom, albo za nimi. Nie ma podejścia na zasadzie: “Na rowerze nie jeżdżę, ale rowerzystów szanuję”. Nie, jesteś albo z nami, albo stoisz tam gdzie ZOMO.

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Oto największa wylęgarnia polskiej patologii! Wstyd, przeogromny wstyd!