Aktualności Czarny wtorek Polecane

Czarny Wtorek: Kraków rusza na wojnę

Słuchajcie, chrapnął Zdzichu zaciągając się wymiętolonym lucky strike’m, a gdyby tak Kraków wypowiedział wojnę? Jacek Majchrowski wygląda mi na polityka z zacięciem batalistycznym, nawet ma kilka podległych mu jednostek, zawsze gotowych do działania; a wojny ostatnio są, niestety, w modzie. No to jak, panie Jacku, ruszamy?

Przyjrzyjmy się sytuacji. Pan Jacek powoli szykuje się do starcia w kolejnych wyborach prezydenckich i wciąż szuka impulsu, szuka fali, na której wpłynąłby do swojego gabinetu po raz n-ty (nie ma sensu liczyć, który). A tej fali wciąż brak, bo tam gdzie on widzi swoje sukcesy, tam krakowianie widzą jego porażki. A gdyby taka wojna miała zakończyć się nowymi, atrakcyjnymi terenami? Łupami? A gdyby taka wojna, mała wojenka, tyci tyci kampania, podniosła prestiż Krakowa na arenie międzynarodowej?

To mogłoby być to.

Ale spokojnie, panie Jacku, spokojnie, nie tak hop siup, niech pan jeszcze nie mobilizuje żołnierzy z ZIKiT-u, siądźmy nad mapą, pomyślmy, zastanówmy się teraz, kogo i po co, moglibyśmy zaatakować.

Kierunek południowy nie wchodzi w rachubę – tam szybko natrafimy na krewkich górali, ich ciupagi z pewnością szybko ostudziłyby nasz zapał. Już to widzę, jak w popłochu wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje, na przyczółek na Górze Borkowskiej i stamtąd zerkamy, co ci górale. Idą za nami czy wracają do siebie? Znając ich – odebraliby co ich i jeszcze trochę. No chyba, że podróż kosztowałaby zbyt wiele dutków.

Kierunek zachodni, Ślązacy, morze Ślązaków, za dużo ich, tam nie, tam teren zdegradowany, węgiel coraz gorszej jakości, tam nie ruszamy, dziękujemy. Kierunek zachodni nie wchodzi w grę.

Północ? Szybko napotykamy na scyzory z Kielc, pewnie byłyby jakieś straty, ale, umówmy się, przeszlibyśmy dalej, jednak niebezpiecznie tak zbliżać się do Warszawy. Na nich nawet nasz ZIS, nawet ZIKiT, nawet nasza Straż Miejska, nawet groźne panie z biblioteki wojewódzkiej (nawet zapytane na której półce leżą “Dziady” Miłosza), ba! nawet piechota z Krakowskiego Biura Festiwalowego, rady by nie dały, przecież oni, ci warszawiacy, umiaru nie znają.

Zostaje wschód, kierunek wschodni, najbardziej zresztą wojenny. Jakby tak spojrzeć dalej, hen daleko, to 1500 km i jesteśmy na prawdziwej linii frontu. To aktualnie najbliższa nam „prawdziwa” wojna, w cudzym słowie, bo wojna mówią o niej tylko niektórzy. Ale spokojnie, spokojnie. 1500 km, no tyle nie przebędziemy. Ruszymy zdecydowanie, ale nie aż tak daleko, ale za to wygodnie, bo autostradą i, co równie ważne, autostradą darmową. Uzupełnienia to na wojnie ważna sprawa, głupio byłoby co chwilę na bramkach płacić, wracając to po serek pleśniowy, to po koniak (bo jak bez koniaku przesuwać po mapie figurki żołnierzy?). – No wiecie, panowie, kułwa, ta wojna nie może nas za dużo kosztować – przypomina raz po raz pan Jacek.

Dobra wojna to wojna szybka i tania. No i wygrana oczywiście. A co tam by można zagrabić, no cóż, ja bym za cel postawił zamek w Łańcucie. Dalej nie, dalej lepiej się nie wychylać. Drogi gorsze, a i do tego prawdziwego frontu niebezpiecznie blisko. Po co łączyć fronty, jak można mieć swój, prywatny. Tam byśmy przepadli w tłoku, wydźwięk naszej wojny przepadłby wśród huku katiuszy, a i w tym dymie ktoś mógłby nas wziąć za kogoś, kim nie jesteśmy.

Bierzemy sobie Łańcut no i oczywiście wszystko co po drodze, te wszystkie Dębice, Brzeska (na pierona nam Brzesko? Może mała enklawa?), te Tarnowy, Kolbuszowe, fajnie byłoby Gródek zagarnąć, trochę na południe się zapuścić.

Ale i wtedy, także wtedy po tych wysiłkach zbrojnych, znalazłby się ktoś, kto by przyszedł, stanął w środku miasta, w samym jego centrum, czyli gdzieś pod Tarnowem – wskazał na A4 i zapytał: „A po co nam autostrada w środku miasta? Przecież tak się nie buduje nowoczesnej metropolii”.

No i cały wysiłek znów na marne.

Mateusz Miga

fot. Foter.com/ CC0 1.0

Czarny Wtorek: Uśmiech seniora jak uczciwy polityk