Czarny wtorek Polecane

Czy w Polsce jesteśmy jeszcze u siebie? Czasem wątpię

Na stacji benzynowej nie mogę się dogadać. Z kierowcą Ubera tylko po angielsku. Czy my jeszcze żyjemy w Polsce?

Zastanawia mnie ten temat od pewnego już czasu i powraca za każdym razem, gdy w swoim kraju nie potrafię się dogadać. Coraz częściej zdarza się, że obcokrajowcy pracują u nas, choć język polski nie jest im znany. Nic w tym złego dopóki nie chodzi o stanowisko pracy, które wiążę się z obsługą klienta. Denerwuje mnie, gdy na stacji benzynowej nie potrafię porozumieć się ze sprzedawcą, bo ten dysponuje tylko jakimś wschodnim dialektem.

W Krakowie sytuacja uległa zmianie całkiem niedawno, a w największym stopniu jest to efektem migracji Ukraińców.

Przez weekend przebywałem w Warszawie i tam jest chyba jeszcze gorzej. Po mieście poruszałem się samochodami Ubera. Raz podjechał po nas Gruzin, raz przedstawiciel jeszcze innej narodowości. Z tym pierwszym można było porozumieć się tylko po gruzińsku lub rosyjsku. Z tym drugim – po angielsku. I teraz proszę – jestem w swoim kraju, a muszę się wysilać językowo, by przewieźć swój tyłek z jednego miejsca w drugie. O tradycyjnym gawędzeniu z kierowcą o pogodzie nie wspomnę.

Denerwujące, ale pytanie, co należałoby z tym zrobić. Firmy, zatrudniając nowych pracowników, kierują się wewnętrznymi kryteriami. Jedni uznają, że brak znajomości języka polskiego jest problemem, inni, że nie. A jeszcze inni zatrudnią, ale zobowiążą do szybkiej nauki języka. Jeśli ktoś trafia do naszego kraju pozostając w trudnej sytuacji materialnej, dostanie pracy jest dla niego kluczowym zadaniem do zrealizowania. Tyle tylko, że na początek (nim opanuje podstawy) mógłby pracować gdzieś, gdzie kontaktu z klientami nie ma.

Gdy porusza się ten temat, zaraz znajdzie się ktoś, kto przypomni polskich emigrantów. Przez dziesiątki lat mogliśmy liczyć na życzliwość innych narodów, które przyjmowały naszych rodaków uciekających przed sytuacją w kraju. Ale czy to oznacza, że nie powinniśmy uczyć się miejscowego języka? Nie zgadzam się. To kwestia szacunku dla miejscowych. Wiem, że setki, tysiące Polaków którzy pół życia spędzili w obcym kraju, nigdy nie przyswoiły miejscowego języka lub kaleczą go w obrzydliwy sposób. I wstyd mi za nich.

Kraków zmienia się na naszych oczach, bo napływ Ukraińców jest widoczny (i słyszalny) praktycznie na każdym kroku i wydaje mi się, że jest to największy (niemal) jednorazowy napływ nowych mieszkańców od wielu lat. Dla rozwoju miasta to pewnie dobrze, ale bez znajomości języka trudno będzie o pełną asymilację.

Ale żeby nie było. Polscy kasjerzy też potrafią zaskoczyć. Nigdzie poza Polską nie spotykam się z tak częstym narzekaniem na brak drobnych. „Mogę być winna grosika?”. Albo „Przykro mi, nie mam wydać” – te zdania słyszę niemal codziennie. Ale kilka dni temu jeszcze bardziej zaskoczyła mnie kobieta z piekarni. Miałem akurat sporo drobnych w portfelu, wyliczyłem precyzyjnie kwotę i sru, wrzucam tę garść drobnych na ladę. Spodziewałem się usłyszeć okrzyk zachwytu, a tylko zobaczyłem twarz kasjerki, która z obrzydzeniem spojrzała na te drobniaki:

– Zaskoczył mnie pan. Co ja z tym zrobię?

Zamurowało mnie. Wziąłem bułki i wyszedłem. Żałuję, że nie wziąłem z powrotem tych pieniędzy. Polak z namaszczeniem powinien się po każdego grosza schylać.

(mm)

fot. Jan Musiał

Czarny Wtorek to cotygodniowy cykl, w którym autor próbuje mniej lub bardziej nieudolnie mierzyć się z rzeczywistością.

Sprytna nawigacja, czyli skróty sprytne i… śmiertelnie groźne