A gdyby tak... Polecane

Koniec strachu przed świętokradztwem! Wszystkich Świętych świętujmy z kieliszkiem

Można uznać to za upadek obyczajów i paskudne świętokradztwo, ale tego dnia dyspensa powinna być bezwzględnie udzielana. Nie tylko zaduma, kilka oklepanych sentencji, ale kieliszek w dłoń i rozmowa, wspomnienia ze zmarłymi. Tak, właśnie tak w tym roku widziałam Wszystkich Świętych.

To było dziwne uczucie. Stajesz nad grobem kumpla, który tragicznie zginął 10 lat temu, gdy wszyscy żyliśmy ze studencką radością. I wtedy kolejno podchodzą następni znajomi – 10 lat starsi, rzadko widywani.

Nigdy nie miałam okazji przeżyć Wszystkich Świętych z Hiszpanami. W sumie to nawet nie wiem, czy obchodzą to święto i czy z niego też robią fiestą połączona z piciem wina w najmniej oczekiwanych miejscach.

W tym roku na Wszystkich Świętych byłam w Polsce i tradycyjny czas na spokojną kontemplację przyszedł po zmroku.

Tu dziadek, tam serdeczna ciotka, żona przyjaciela rodziny, siostra koleżanki i na końcu jak zawsze on – kolega, którego znałam od przedszkola, a nasze drogi znów zeszły się w szkole średniej. Później trzymaliśmy się na studiach aż do dnia, w którym dostałam SMS: „Janek zginął, wypadek samochodowy”.

Z początku tragedia, z każdym miesiącem coraz bardziej oswajana. W tym roku minęło już 10 lat. Kolejna wizyta na cmentarzu, chwila tępego wzroku wbitego w nagrobek, gdy nagle zjawia się para bliskich znajomych.

Takich bardzo bliskich, choć wtedy uświadomiłam sobie, że widuję ich raz na trzy miesiące. A jeden z tych „razów”, często wypada na cmentarzu. Żartujemy, że przynajmniej nie gadamy o chorobach i bólach w krzyżu jak nasi rodzice, ale z tyłu głowy myślę, że spotykamy się równie rzadko jak oni ze swoimi znajomymi.

Za chwilę w naszą stronę zbliża się charakterystyczny chód. Kolejny bliski kumpel, właśnie przyjechał z Wielkiej Brytanii. Śmialiśmy się, że przyłapaliśmy go na gorącym uczynku, bo pewnie znów nikogo by nie poinformował, że jest w kraju.

Chwila żartów, dwie minuty, dwa zdania o Janku i każdy znów w swoją stronę. Niby obiecaliśmy sobie, że na dniach się zdzwonimy, ale czy coś z tego wyjdzie?

I w sumie o tym, co teraz dzieje się u Janka, mam obecnie niewiele większą wiedzą niż o tym, co się dzieje u moich najbliższych znajomych.

Więc gdyby hiszpańskim zwyczajem ktoś wtedy wyciągnął wino i powiedział: „Siadajmy, pogadajmy”, to nie uznałabym tego za profanację. Sądzę, że Janek też nie. W końcu tak spędziliśmy pół jego życia.

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Krakowianie, czy Wy na co dzień też czujecie się dojeni z kasy?