A gdyby tak... Polecane

Krakowski strach przed frajerstwem! Zostawili klucze pod wycieraczką, pieniędzy nie chcieli…

To chwila, w której szczęka opada na sam dół, boleśnie odbija się od ziemi i z impetem wraca na swoje miejsce. Właśnie taka sytuacja spotkała mnie, gdy postanowiłam wynająć apartament we włoskich górach – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Jak już wiecie, ostatnio wylądowałam we Włoszech w poszukiwaniu przygód i pysznego jedzenia. Z Hiszpanii daleko nie miałam, więc wycieczka grzechu warta.

Jak zwykle działałam spontanicznie – decyzja szybka, samolot rezerwowany w ostatniej chwili, a lokalizacja noclegu sprecyzowana do góra 20 kilometrów. Dlatego, gdy wylądowałam na miejscu, zaczęło się szybkie przeszukiwanie ofert. Tu daleko, tam bez ogrzewania (a pogoda mocno przeciętna), a jeszcze gdzie indzie warunki lekko urągające ludzkiej godności.

Uszczypnijcie mnie

W końcu znalazłam coś dla siebie – przytulne, ciepłe, w górach. Rozmowa z właścicielem przez telefon.

– Dzień dobry, chciałam wynająć apartament na 10 dni. Ma Pan wolne?

– Tak, koszt to 600 euro. Decyduje się Pani?

– Tak.

– W takim apartament będzie gotowy za 2 godziny. Klucz znajdzie Pani pod wycieraczką, bo mnie przez kilka dni nie będzie w okolicy.

Uśmiech, wymiana uprzejmości i koniec. Sprawa załatwiona? Uszczypnijcie mnie. Czy ktoś właśnie wynajął mi apartament nie znając mojego nazwiska, loginu na facebooku, nie wspominając nic o zaliczkach? I jeszcze zostawił klucz pod wycieraczką i zadeklarował, że przez kilka dni nie wpadnie nawet sprawdzić, czy nie zamieniłam mu domu w chlew czy coś jeszcze gorszego?

Szczerze? Wystraszyłam się, że ktoś robi sobie jaja, albo że to jakiś podstęp. Mimo to nie miałam wyboru, robiło się późno. Pojechałam i z mocnym biciem serca podniosłam wycieraczkę. Klucz leżał po nią. Otworzyłam dni, a za nimi piękny apartament, do którego aż wstyd byłoby wchodzić w butach. Rozgościłam się, ale niepokój pozostał, że gdzieś jest podstęp.

Tylko jedna prośba

Właściciel zjawił się kilka dni później, zupełnie niespodziewanie. Na tyle, że nie miałam dla niego pieniędzy, bo trzymanie 600 euro w skarpetce na odludziu nie wydawało mi się najlepszym pomysłem. Ale on tylko z progu spytał, czy wszystko gra, o pieniądzach nie wspomniał, szybko się pożegnał i wyszedł.

Wrócił za kilka dni, gdy znów nie miałam pełnej kwoty. Zapłaciłam połowę i przeprosiłam, że brakuje mi 300 euro. Uśmiechnął się tylko sposobem, który wydawało mi się, że jest zarezerwowany tylko dla Hiszpanów, i stwierdził:

– Żaden problem. Jak będziesz wyjeżdżać, to zostaw pieniądze na stole, a klucze pod wycieraczką… Mam tylko jedną sprawę – zagadnął na koniec, a ja pomyślałam: “Oho, zaczyna się…”.

– Czy mogę sobie zrobić z Tobą zdjęcie? Bo fotografuję się z wszystkimi moimi gośćmi, mam tych zdjęć już z 200. Jeśli to nie problem, chciałbym mieć też z Tobą.

Cały czas, zważając, że gdzieś może czaić się haczyk stanęłam przez sprzętem do selfie. Pstryk, zdjęcie zrobione, właściciel uścisnął dłoń i pomachał na pożegnanie.

Pretensje do samej siebie

Później słyszałam się z nim już tylko jeden raz. Zadzwonił, gdy byłam już w Hiszpanii, a ja pomyślałam: “Oho, może zacznie udawać, że nie znalazł pieniędzy”. Nic z tych rzeczy – podziękował, że wybrałam jego apartament, podziękował za pieniądze, a na końcu za zdjęcie.

Rozłączył się, a mi zostały pretensje do siebie samej, że wychowałam się w miejscu i środowisku, gdzie wszystkie miłe gesty i obdarowywanie ludzi zaufaniem, zapala w głowie lampkę z hasłem: “Uważaj, to może być podstęp i wyjdziesz na frajerkę”.

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).