A gdyby tak... Polecane

Kult pięknego ciała – czy ten trend u nas już działa?

Spokojnie! Nie będzie o dietach cud, skalpelu Ewy Chodakowskiej i boskiej rzeźbie Krzysztofa Ibisza. Będzie o tym, co w Hiszpanii bije po oczach, ale w Polsce oczom powoli zaczyna się ukazywać. Ludzie! My chyba zaczęliśmy o siebie dbać!

Dziś znów miało być – Hiszpanie mają to, a Polacy nie. Bo z uprawianiem sportu tak właśnie jest – gdy tu biega 10 osób, to u nas dwie. Spora różnica, ale nie przepaść. Czemu? Bo my chyba w końcu ruszyliśmy nasze leniwe tyłki.

Siedzę na balkonie, patrzę na tych Hiszpanów i myślę: o czym by tu znowu napisać. I widzę: jeden biega, drugi ćwiczy, trzeci właśnie podjechał pod siłownię. Nie napakowani sterydziarze i nadmuchane laski, ale zadbani ludzie.

Gruby wujek Jurek, przysadzista ciocia Wiesia

I już palce swędziały, by powspominać grubego wujka Jurka i przysadzistą ciocię Wiesie, którzy jedyny ruch wykonują w drodze od kuchni do telewizora. Ale nie, bo coś mi zaświtało, że u nas podejście trochę się jednak zmienia.

Gdy wyjeżdżałam do Hiszpanii, znajomy właśnie przygotowywał się do maratonu. Tak, wariat miał w planach przebiec 42 km. I ten wariat miał wsparcie żony, która też zaczęła trenować. Ale żeby tym wariatom było łatwiej, to znaleźli całą grupę psycholi, którzy wspólnie przygotowywali się do nadludzkiego wysiłku!

I wtedy pomyślałam, że skoro jest ich tak dużo, to może jednak to nie wariaci, ale ludzie z pasją? I skoro jest ich tak dużo, to może w Polsce nastała jakaś moda?

Gniećcie się dla własnego dobra

Przeglądałam ostatnio jakieś fora internetowe, gdzie krakowianie narzekali, że na siłowniach jest ścisk. Oni narzekali, a ja bym chętnie przyklasnęła. Bo jeśli my wkrótce mamy wyglądać jak Hiszpanie i Hiszpanki, to Wy dla mnie możecie się gnieść i w cztery osoby na jednym metrze kwadratowym . Oczywiście puszczam do Was oko, bo jak będzie zainteresowanie, to i siłowni powstanie.

I tak – uprzedzę Wasze pytanie – sama też się ruszam. Siłowni nie dzierżę, za bieganiem też nie przepadałam, ale tu jest to tak naturalne, że po tygodniach treningów truchtania 10 km jestem w stanie przebiec.

Za to teraz słyszę od znajomych z Krakowa – jeden do pracy jeździe na rowerze, drugi szuka najlepszego basenu w mieście, a trzeci musi kończyć, bo przygotowuje jakiś koktajl, zakłada pulsometr i jedzie na Błonia. Wow!

I tak siedzę na tym balkonie i myślę, że z tym ruchem to do Hiszpanów nam daleko. Jednak ostatnio u nas tak mocno zaczęło się to zmieniać, że narzekanie przez palce mi nie przejdzie. Zamiast marudzić, tym razem trzymam za Was – i za siebie – kciuki!

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Parking w Krakowie po 9 zł?! A może zrobić tańszy, ale 7-piętrowy?