Aktualności Kultura

Mistrz popełnił tylko pięć błędów. Odważysz się sprawdzić swoje umiejętności?

Ech, nie było łatwo. W sobotę odbyła się czwarta edycja Dyktanda Krakowskiego. Mistrz, Arkadiusz Kleniewski, popełnił tylko pięć błędów.

Arcytrudny tekst zatytułowany „Barbarzyńcy w ogrodzie, czyli komu bije dzwon” tradycyjnie przygotowała dr hab. Mirosława Mycawka z Wydziału Polonistyki UJ.

– Mając na uwadze, z iloma trudnościami się mierzymy, zapisując teksty w języku polskim, trzeba uznać duże zainteresowanie konkursami ortograficznymi za wyjątkowy fenomen. Świadczy on przede wszystkim o tym, że poprawna pisownia jest dla sporej części społeczeństwa bardzo ważna. Ponadto wiele osób chce podnosić swoje kompetencje w tym zakresie – mówi dr hab. Mirosława Mycawka.

W Auditorium Maximum UJ tegoroczne dyktando napisało ponad 400 osób. Tekst roił się od podchwytliwych słów i wyrażeń. Piszący musieli poradzić sobie z pisownią zapożyczeń écru, lycra i belle époque. Autorka dyktanda wprowadziła do niego wiele pułapek związanych z rozdzielną lub łączną pisownią, czy wielką albo małą literą, jak megalustro, łże-architekci, park Jordana, himalaje barbarii, wpółprzytomna, quasi-elegia oraz stuipółletnia. Wiele kłopotów sprawiły uczestnikom również nazwy geograficzne: Chociebuż, Grzegrzółki, Trzycierz, Łobżenica i Chopok.

Tytuł Krakowskiego Mistrza Ortografii 2018 zdobył Arkadiusz Kleniewski, który popełnił tylko pięć błędów. I Krakowskim Wicemistrzem Ortografii został Krzysztof Zubrzycki (sześć błędów), a II Wicemistrzem Ortografii Piotr Cyrklaff (siedem błędów). Laureaci otrzymali dyplomy, nagrody pieniężne, bony zakupowe i czytniki e-booków.

W tym roku Dyktando Krakowskie przeprowadzono też w kategorii junior – dla osób do 15. roku życia. Tekst „Złap ‘byka’ za rogi – pisz poprawnie!” najlepiej napisała Oliwia Harnik (13 błędów). Drugie miejsce zajęła Zofia Przybylska, a trzecie Kinga Golik.

Organizatorami IV Dyktanda Krakowskiego byli: Wydział Polonistyki UJ, Koło Naukowe Językoznawców Studentów UJ im. Mieczysława Karasia oraz Towarzystwo Miłośników Języka Polskiego.

A czy Ty zmierzysz się z tekstem? Jak widać, wymięka nawet wujek Google.

Oto dyktando dla dorosłych:

Barbarzyńcy w ogrodzie, czyli komu bije dzwon
Oj, nie wyleci już ptaszek z Łobzowa! Ani chichotliwy dzięcioł, ani rdzawolica raszka, ani
nawet pokrzewka piegża. Nie, nie najadłam się lulka i szczwół plamisty też mi nie zaszkodził.
Klnę się na róg nachura, że to prawda. Ale do rzeczy. Otóż nazajutrz po walentynkach
czatowałam z przyjaciółmi: Dolnołużyczaninem z Chociebuża, eks-Afganką i jej abchaskim
narzeczonym, mieszkającymi w Bochum, oraz chałturzącym w Holandii niby-hażaninem,
będącym tak naprawdę Mazurem z Grzegrzółek. Ustaliliśmy trasę wspólnego wojażu: od
Trzycierza na Pogórzu Rożnowskim, przez Borzęta, Międzybórz i Lubrzę, aż do Chodzieży,
gdzie zamierzamy wziąć udział w Międzynarodowych Chodzieskich Warsztatach Jazzowych
“Cho-jazz”. Stamtąd wyskoczymy też na pewno do Łobżenicy, której uroki dopiero co
zachwalano w RMF-ie. W końcu, pożyczywszy koleżeństwu ekstrahumoru, znużona rzuciłam
się w objęcia Morfeusza, gdy znienacka z zewnątrz wdarło się do mych uszu zgrzytliwe
rzężenie, które musiało się nieść aż po Podgórki Tynieckie. Wpółprzytomna rozchyliłam
zasłony z żorżety, lycry i stretchu w kolorze écru. Do szyb zdążyło przylec coś à la stężały
kożuch na zwarzonym mleku. Mój wzrok wyłowił jednak cienie, wymachujących jakimiś
boschami albo husqvarnami, hożych pilarzy, przerzynających wpół pień około stuipółletniej
brzozy, nomen omen, płaczącej. Można by wziąć ich za chyżych chojraków ćwiczących
hopaka na Chopoku, gdyby nie konająca u ich stóp, użyczmyż sobie słów wieszcza,
“poczciwa brzezina”. Toż to himalaje barbarii. Rzewność wszechpotężna wżarła się w moje
serce, żałość w nim zawrzała i niezamierzenie przybrała kształt quasi-elegii. Coś ty
Krakowowi zrobiła, tu cytat: “brzozo-płaczko”? Po cóżeś matki Polki strój przywdziała?
Trzebaż ci było rzęsistymi łzami rosić ofiary najeźdźczych ciemięzców? Byłaś przyczółkiem
nadziei dla serc żądnych Polski, to święcących triumfy, to unurzanych w hańbie. Nie wyszedł
ci na dobre ten układ współczulny, każący ci nie swojej poddawać się karze. I nie zabije ci na
odchodne dzwon Zygmunt, a jedynie siostrzyce twe z parku Jordana zakwilą żałośnie. Nie
mogliż to ci zhardziali zasadźcy żywcem wyjętej z Schulza “ulicy Krokodyli” darować ci
życia? Nie mogli u twego podnóża rozpostrzeć tafli stawu, w której jak w megalustrze
pstrzyłyby się odbicia hojnie wyposażonych przez arcykolorystkę naturę uhli, oharów, krakw,
grzywienek gżących się w trzcinach i cudokaczek? Brzozo srebrzystobiała, królowo
nadwiślańskich pejzaży, ty hartowałaś dusze poetów-żołnierzy, próbujących uśmierzyć
trójgłową gadzinę. Hołdy ci się należą w stulecie wiktorii (victorii). Dziś topór barbarzyńcy
twą koronę strąca, skrzydlatym niebożętom rujnując gniazda. Dość lamentów! Pora na
pogróżki. Strzeżcież się chytrzy inwestorzy, językowi szalbierze i łże-architekci. Wasza belle
époque dobiega końca. Jeśli marszałek Piłsudski, dosiadłszy Kasztanki, w Święto
Niepodległości opuści swój “niebiański Sulejówek” i obejrzy te wasze pseudoparki – rzędy
żelbetowych klocków spod znaku Minecrafta, budowane na trupach polskich brzóz i wierzb,
to jako ten wódz Mściwój, zrobi wam z waszych interesów taką jesień średniowiecza, że
dantejskie piekło wyda się wam arkadią.

A to tekst dla juniorów:

W zdrowym ciele zdrowy duch
W 1842 roku, gdy u wybrzeży Haiti szalało śmiercionośne tsunami, w Królestwie Galicji i
Lodomerii przyszedł na świat Henryk Jordan. Któż by o nim pamiętał, gdyby wiódł
próżniaczy żywot i od rana do nocy zbijał bąki? Na szczęście dla krakowian było zgoła
inaczej. Chlubne życie tego wybitnego lekarza, mimo że wczas został półsierotą, wypełnione
było twórczą pracą. Z Austro-Węgier odbył podróże do Ameryki i Anglii, skąd przywiózł w
bród doświadczeń. Przybył w końcu na powrót do Krakowa. Tu w 1889 roku założył
pierwszy w Europie publiczny ogród zabaw i gier ruchowych. Nie szczędził własnych sił i
środków, by w młodzieży rozwijać i tężyznę fizyczną, i patriotyzm. Nie dożył wolnej Polski,
lecz jego dzieło, znane jako park Jordana, trwa do dziś, przynosząc wytchnienie pożeranym
przez smog mieszkańcom grodu Kraka. Dziś doktor Jordan, który niegdyś wprowadził
gimnastykę do szkół, w grobie się przewraca, obserwując z zaświatów szerzącą się
“smartwicę” (smartficę) i zdarzający się nierzadko zespół lemurzych oczu oraz przerostu
kciuka u młodych Polaków. By dać odpór tym plagom i zachęcić dziatwę szkolną do ruchu,
pewien zażywny wuefista z Krowodrzy stworzył nowe dyscypliny sportu: bieg w podskokach
przez kretówki po krakowskich Błoniach, minimaraton z przeszkodami i bez hamowania do
podkrakowskiej Mogiły, sprint na wieżę mariacką w porze hejnału, trucht wkoło Smoka
Wawelskiego, freestylowy megaskok wzwyż na trampolinie, siad skulny bez podpórki u stóp
pomnika Dietla, przemierzanie Wisły wpław pod mostem Dębnickim, pompki pod
“Adasiem”, skok w dal nad rozżarzonymi węglami, trójskok nowohucki z lądowaniem w alei
Róż; ponadto dla leniwych bystrzaków: rzut okiem na Wawel z kopca Kościuszki, a w Dniu
Babci – rzut moherowym beretem do Smoczej Jamy. Wśród sztuk walki znalazły się: wielobój
z użyciem łokci o świeżaki w Biedronce i czwórbój międzyosiedlowy w Podgórzu. Dla
miłośników psów husky przewidziano wyścigi psich zaprzęgów na Azorach, a dla cyklistów –
zjazd “góralem” na zabój ze Wzgórza św. Bronisławy (Wzgórza Świętej Bronisławy) lub
kolarzówką ze wzgórza Kaim. Nagrodą za wyniki ma być selfie z lajkonikiem na żądanie. A
Ty, Młody Przyjacielu, nie maż się i nie każ zmuszać do ruchu. Pokażżeż, co potrafisz!
Wygraj w konkursie przepiękny żółty rower, wskocz nań i popędź wzdłuż wałów Wisły do
Tyńca, poczuj wiatr w nażelowanych włosach i zachłyśnij się smakiem wolności, o której
nasi przodkowie mogli jedynie pomarzyć.

(wm, krakow.pl)

fot. materiały prasowej UJ