A gdyby tak... Polecane

Oto rozwiązanie problemów z miejscami parkingowymi w Krakowie?

Niby sprawa jest prosta, ale może właśnie w tym banale jest metoda? Podczas gdy Kraków ogarnia słupkoza i walka o każde miejsce, może warto zastanowić się nad wzorcami z Zachodu – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Żeby była jasność – nie uważam, że tak należy zrobić, bo od tego są tęgie głowy w ZIKiT-cie, by takie pomysły analizować i ewentualnie wprowadzać w życie. Ja tylko mówię, jak jest w Hiszpanii.

A jest trochę skomplikowanie, ale tylko dla osoby, który wpada do miasta po raz pierwszy. Wtedy wystarczy jednak rzut okiem na tablice informacyjne, chwila zadumy i wszystko jasne.

A mianowicie – w sprawach parkingów w Hiszpanii jest trochę po krakowsku, czyli biało-niebiesko. A co te barwy oznaczają? Spieszę z wyjaśnieniem. A więc parkingi wymalowane na niebiesko zarezerwowane są tylko dla mieszkańców ze specjalnymi identyfikatorami. Turysta może na nich stanąć, ale to oznacza, że ma sporo kasy na mandaty. Niebieski oznacza mieszkańca i basta.

Z kolei kolor biały to miejsce ogólnodostępne, ale płatne i to przez wszystkich. Proste – turysta nie ma prawa zająć miejsca niebieskiego, więc szuka wśród białych. Z kolei mieszkaniec z identyfikatorem może zająć biały, ale musi zapłacić tak samo, jakby był turystą. Czyli na niebieskim kto pierwszy, ten lepszy.

Ale to trochę tak jak na większości krakowskich osiedli, gdy nie ma się wykupionego miejsca. Albo masz szczęście i znajdziesz takie tuż po blokiem, albo będziesz szedł i piętnaście minut. Trudno, miasto nie jest z gumy, a tylko frajer-deweloper inwestowałbym w bezpłatne miejsca parkingowe.

W Hiszpanii wygląda to na ogół tak, że po lewej stronie są parkingi białe, a po prawej niebieskie (w przypadku ulic jednokierunkowych), czyli miejsca dzielone są pół na pół. W Krakowie może takie rozwiązanie nie było najszczęśliwsze, może w ogóle by się nie przyjęło, a może powinno być stosowane w jakiś konkretnych dniach/godzinach?

To tak pod rozwagę. W ramach pomysłu, w przeciwwadze do wylewających się zewsząd marudzeń.

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay.com

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

To uwłaczające! Polskie sklepy robią sobie z klientów jaja!