A gdyby tak... Polecane

Polski szpan na furę. Jak bardzo potrafimy się poświęcić dla czterech kół i kierownicy?!

Wjeżdża między inne auta i dawaj! Tył, przód, tył przód – rozpycha się zderzakiem. Miejsce zrobione. Wysiada, wygładza marynarkę, idzie do teatru. Bo teatr to cel, a samochód tylko narzędzie do jego osiągnięcia. A u nas na odwrót – przez cały życie to auto potrafi być wyzwaniem, dla którego ciułamy każdy grosz – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

 – Zmieniłabyś może w końcu auto – zagadnął mnie wujek, zerkając na moją 10-letnią toyotę.

– Ale po co? Przecież się nie psuje, chodzi jak w zegarku – odpowiedziałam.

– No tak, ale mogłabyś sobie kupić coś nowoczesnego i eleganckiego.

Temat się skończył, bo wujka lubię i kłócić się nie zamierzam, ale jego słowa ciągle siedzą mi w głowie. Bo po tym co zobaczyłam na Zachodzie, brzmią one dziwnie.

Przeciętność

W Hiszpanii jakiś wypasionych fur nie mają. Jak zajechałam tam swoją, wstydzić nie miałam się czego. Jasne, zdarzają się auta za setki tysięcy euro, ale przeciętny człowiek ma przeciętne auto. A często jak ktoś jedzie czymś luksusowym (głównie SUV-em), to można zaryzykować, że to Rosjanin lub Ukrainiec.

Podobnie we Włoszech. Niby zarabiają kilka razy więcej od nas, samochody mają w cenach zbliżonych do naszych, a jakoś kilka razy lepszymi nie jeżdżą. Oczywiście, nie przemieszczają się gruchotami, ale nie ma też przelewania połowy pensji na konta firm leasingowych.

A najfajniejszy przypadek trafił mi się we Francji. Profesor, zamożny, z piękną willą i jakimś 12-letnim peugeotem. A to i tak ten lepszy samochód w jego garażu, bo żona ma o dwa lata starszy. I tym nastolatkiem jeździ na cotygodniowe wycieczki, do opery (oczywiście ma roczny karnet, który do tanich nie należy) i rozpieszcza wnuki wyjazdami, na których pieniądze też uciekają.

Tym swoim nastoletnim wozem nie odbiega jednak od wszystkich wokół. Tych wszystkich, którzy na auta nie chuchają i nie dmuchają, tylko używają ich do przemieszczania się i robienia sobie miejsca metodą “zderzak w zderzak”. I przede wszystkim nie uznają ich za wyznacznik bogactwa, powodzenia i miejsca w hierarchii społecznej.

Zatruwanie powietrza

A u nas? Zajedźcie na polską wieś. Bida aż piszczy, ale w niedzielę pod kościołem każdy ma wypucowane alufelgi, a wracając zatruwa powietrze bitami z zajmującego pół bagażnika subwoofera. Dobra, to dresy, odrębna grupa społeczna.

Ale najbliżsi? Ile znacie osób, które zaciągnęły kredyt, by zmienić auto nie dlatego, że obecne zawodzi, tylko po to, by – jak mawia wujek – mieć coś bardziej eleganckiego i nowoczesnego?

Albo ta nasza słabość do wyższej półki – BMW, Mercedes, Audi. Ledwie stać nas na samochód, ale jak już zmieniać, to właśnie na taki, choć wcale nie gwarantuje mniejszej awaryjności. No ale gwarantuje szacunek, przynajmniej w niektórych kręgach.

Może mówić, że ja taki/taka nie jestem. Ale tak szczerze – ilu z Was (z nas?) nie zdarzyło się liczyć jak długo muszą pracować, odkładać, ile mieć wyrzeczeń, by kupić taki, a taki samochód? I niestety, czasem wychodzą grube lata (wiem, bo sama liczyłam). Np. trzeba przepracować 10 proc. życia, by mieć “coś eleganckiego i nowoczesnego”. A nie można mieć czegoś normalnego i praktycznego, a w zamian wycieczki, teatry i inne przyjemności?

Mnie bliżej chyba do tej drugiej opcji.

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

W końcu! Politycy jedną decyzją umilili nam życie o 60 minut. Codziennie!