A gdyby tak... Polecane

Pożar na stadionie Wisły. Czy ta sprawa ma drugie dno?!

Widok płomieni trawiących materiał był przerażający. Nawet nie dlatego, że mógł z tego wyniknąć większy pożar, panika, czy inne niebezpieczeństwo. Był przerażający, bo wynikał z absolutnej bezmyślności – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Właściwie to nie powinien być artykuł, ale list skierowany do pseudokibiców, którzy w niedzielę mieli świetny ubaw podczas odpalania pirotechniki. W Hiszpanii byłam na paru meczach, ale na wszystkich razem wziętych nie było tylu rac, co w niedzielę na meczu Wisła – Lech.

Jakby ktoś nie wiedział o co chodzi, to może rzucić okiem

Cała Polska śmieje się z kiboli Wisły. Ale się zbłaźnili! [wideo]

Dlatego mam kilka pytań, na które może ktoś będzie mi w stanie odpowiedzieć. Może wtedy uznam, że to fajne? Albo, że ma jakiś cel? Lub inne przesłanie? I od razu zapowiadam – hasła w stylu: “głupia laska, w dup*** była i gów*** widziała” nie robią na mnie wrażenia.

Do rzeczy:

1) po co odpalać race?

2) jeśli po to, żeby było ładnie i zjawiskowo, to czy nie można tego robić w przerwie meczu, tylko należy przerywać spotkanie i w pośpiechu omal nie wywołać wielkiego pożaru?

3) czy tym ogniem nie mogą bawić się osoby przeszkolone?

4) czy kibic (kibol) nie czuje się źle z tym, że przez niego ukochany klub musi zapłacić karę?

Pytam bardzo ogólnikowo i nie tylko kibiców Wisły (w końcu w Polsce race płoną wszędzie), ponieważ mam swoje przypuszczenia – odpalacie te race tylko po to, żeby złamać prawo. Zachowujecie się jak abstynent, który kradnie butelkę wódki po to, by się tym pochwalić, a następnie wywalić ją do kosza. Butelka skradziona, prawo złamane, szacun na dzielni jest, więc na co komu więcej?

Sorki, ale ja takie zachowanie uważam za większą głupotę niż kupowanie portfela za ostatnie pieniądze. No chyba, że mnie przekonacie, iż się mylę.

Marta

Zdjęcie tytułowe / fot.  Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Co za bezpruderyjność… Wielka zmiana w Krakowie!