A gdyby tak... Polecane

Pracodawcy potrafią terroryzować. “Nie jesz, tylko wpie****sz”

Co będzie na już? Ruskie? To poproszę. Nie, nie na miejscu, wezmę na wynos, bo trochę nie mam czasu. Muszę jeszcze… STOP! Ludzie, zatrzymajcie się na chwilę. Nie jedzmy przed komputerami, nie wrzucajmy w siebie jak do śmietnika. To jest Wasz czas, a nie zawody w nabijaniu się kaloriami – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

W Polsce doskwierało mi to szczególnie. Pracowałam w dwóch firmach – w jednej wszystko było w porządku, w drugiej obiad oznaczał zawody.

Bieg po schodach, modlitwa o brak kolejki, tradycyjne pytanie „co będzie najszybciej?”, nerwowe przebieranie nogami i upychanie w siebie dostarczycieli kalorii.

Sjesta też nie jest rozwiązaniem

Tak, „jedzenie” stało się „upychaniem”, a pokarm „dostarczycielem kalorii”. Ja jeszcze starałam się jakoś opanować, ale koledzy z działu obok byli jak piłkarz z książki “Spalony” (tak, kobiety też interesują się futbolem!). A jego rozmowa z trenerem wyglądała mniej więcej tak:

Piłkarz: Co dziś będziemy jedli?

Trener: Ale Ty nie jesz.

Piłkarz: Jak to?

Trener: Przecież Ty nigdy nie jesz. Ty wpie***asz!

Hiszpania też nie jest moim jedzeniowym Eldorado. Sjesta to piękna rzecz, ale trwa dwie godziny, które później trzeba odrobić. Możesz w tym czasie spotkać się z chłopakiem, przyjaciółką, pobyć ze znajomymi lub w samotności, ale na końcu dnia tych dwóch godzin gdzieś może braknąć.

Mimo to zawsze odrywasz się od komputera, idziesz oddychać świeżym powietrzem, albo wyrzucić z siebie wszystkie bluzgi, których o mało nie wyrecytowałaś w twarz szefowi.

Tu nie ma wymówek: „Nie ma czasu, jest dużo roboty”. Nie – sjesta to sjesta i koniec. Godzina lub dwie przerwy, z której korzystają wszyscy.

Pół godziny na jedzenie? Żart

Tymczasem u nas zachodnie korporacje wprowadzają 8,5-godzinny tryb pracy, bo te 0,5 przeznaczone jest na lunch (oczywiście lunch, nie obiad).

I efekt często jest taki, że polski sumienny pracownik albo zamawia pizzę, którą zjada przed komputerem upaćkanymi rękami, albo wrzuca do mikrofalówki przygotowany przez siebie obiad, pałaszuje go w mig w kuchni i za 10 minut jest w stanie stawić czoła kolejnym wyzwaniom.

Może nie wszyscy tak macie, może nawet takich zagonionych ludzi jest zdecydowana mniejszość. Nie dajcie się jednak terroryzować, bo obiad to Wasz czas. Jeśli trwa za długo, to dogadajcie się z szefem, że popracujecie kwadrans dłużej.

Bo jedzenie to podstawowa funkcja życiowa, a obiad to najważniejszy posiłek. I wiem, że nie smakuje dobrze z pistoletem przystawionym do głowy…

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

 

Kult pięknego ciała – czy ten trend u nas już działa?