A gdyby tak... Aktualności Polecane

Przestańcie prać ludziom mózgi i pozamykajcie w niedzielę te markety!

Nie obchodził ich kler grzmiący w kościołach. W nosie mieli też tych drugich, straszących zjazdem ekonomicznym. Zabronienie niedzielnego handlu w marketach w Hiszpanii też wydawało się wielką rewolucją, tymczasem nawet ja przyzwyczaiłam się do tego w dwa tygodnie – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Pierwszej niedzieli też pukałam się w czoło – nie ma nic do chleba, ale w sumie to mały problem, bo i chleba brak. Słowem – w lodówce pusto, a market zamknięty. Co zrobić? Jak żyć?

„Zamknięty ten najbliższy” – pomyślałam i pofatygowałam się 2 km do kolejnego. A tam znów – cmoknąć klamkę i do domu.

Pytam Hiszpanów, co jest grane? Sjesta? Święto narodowe? Jakiś ich kolejny dziwny zwyczaj? Nie, niedziela. Po prostu niedziela, czyli dzień, w którym markety są zamknięte.

Carlos zaciera ręce

To znaczy zamknięte są te największe, a „osiedlowe” zacierają ręce. Zabraknie chleba? Carlos ma bułeczki. Masło? Carlos chętnie poda. Piwo? Carlos chłodnego już nie ma, bo tego dnia wszyscy kupują właśnie u niego i zostało już tylko ciepłe.

Kolejna niedziela – już pamiętałam, że zakupy trzeba zaplanować wcześniej i nawet mi się to spodobało. Tego dnia nie było dumania: Co zjemy? Kto skoczy do sklepu? Nie, ryba kupiona dzień wcześniej, nikt do sklepu nie leci, wszystko ustalone już w sobotę.

Przez pół roku może jeszcze ze dwa razy zapomniałam, że w niedzielę markety są zamknięte. Szybko jednak zaklęłam w duchu, że to ostatni raz, bo uśmiech osiedlowego Carlosa jest warty średnio jakieś 1 euro na każdym produkcie. U niego nie jest smaczniej czy lepiej, ale po prostu drożej. Piwo nie kosztuje 0,5 euro, ale 1,5. Gdy bierzesz dla siebie i dla gości, to jesteś 10 euro w plecy. To wystarczy, by przed kolejną niedzielą pamiętać, że sklepy będą zamknięte.

Bez prania mózgu

I tym samym osłabia się też argument ekonomiczny – może i panie w marketach nie dostaną ekstra kasy (szkoda tylko, że nikt ich nie pyta, czy tego chcą), ale za to ekstra zarobek będzie miał Carlos, który w tygodniu wydaje się kolekcjonować głównie eurocenty.  

Zresztą z tego co słyszę, to personel marketów w Polsce zarabia już całkiem nieźle. Na tyle dobrze, by odpuścić niedzielne zmiany. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że “chciałbym dorobić”. To samo jednak pewnie chciałby murarz, śmieciarz i konserwator powierzchni poziomych, którzy zarabiają porównywalnie. 

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy chcą pracować w niedzielę. Wiem też, że niektórzy nie mają rodzin lub po prostu lubią z nimi spędzać ten dzień w markecie. Tylko błagam – przestańcie prać sobie i ludziom mózgi hasłami „U nas tak zawsze było i trudno będzie się przestawić”, bo już po dwóch tygodniach ktoś powie: “Sprawdzam!” i spalicie się ze wstydu.

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Co za dziwactwo! Do zakupów musisz wziąć bonus, nawet gdy go nie chcesz