A gdyby tak... Polecane

Szczyt buractwa na drogach. Opamiętajcie się, tu chodzi o dzieci!

Wypadek samochodowy / fot. Foter.com

Wyzbyłam się nadziei, że przegonimy „dresiarzy” w pierdzących samochodach i traktujących jezdnię jak arenę walk. Myślą, że są współczesnymi rycerzami, a z rycerzami łączy ich tylko zakuty łeb. Głąby, buractwo bez wyobraźni, trutnie społeczne. Przypadki beznadziejne. Nie mogę się jednak nadziwić, że z przechodniami o każdą sekundę i centymetr jezdni walczą również ludzie, którzy na co dzień ułomni intelektualnie nie są  – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla Krknews.pl porównuje życie w obu miejscach.

OK, szybki test – ręka do góry, kto raz na czas pakuje pedał gazu do podłogi, by zdążyć przed przechodniem? Albo kto przyspiesza kroku lub wpada na „pasy” na czerwonym świetle? Tak, Hiszpanie, wy też unoście swoje prawice, choć  wiem, że przynajmniej wielu z Was w tym momencie czerwieni się ze wstydu. Co do wielu krakowian takiej pewności nie mam.

Jeden cel

W Krakowie było tak: ulica Bora-Komorowskiego, bardzo ciepły poranek, jadę rowerem do pracy. Zbliżam się do skrzyżowania, zielone światło, mogę wjeżdżać na pasy dla rowerów. W tym momencie drogę przecina pan skręcający eleganckim samochodem w prawo. Nie bezczelnie, ale widać, że cel ma jeden – musi być pierwszy. Przyhamowuję, kiwam ze zniechęceniem głową i od nowa, w upale, zaczynam mozolnymi ruchami nóg wprowadzić mój pojazd w ruch. A pan zyskał 5 sekund i pewnie swoją satysfakcję. W bonusie dorzucam jednak moją pogardę.

Spacer z malutkim bratankiem, ulica Czarnowiejska. Podobna sytuacja – my zielone, kierowca zielone. Wjeżdżam wózkiem na pasy, a jakieś półtora metra przed kołami śmiga mi pani swoim rozkosznie małym pojazdem. Zagrożenia nie było, ale nawyku: „Stop! Dziecko na pasach!” też nie. A kiedyś pani może mieć gorszy dzień, gorzej ocenić sytuację, ja bardziej się spieszyć i… wolę nawet nie myśleć. Nie wspominając już o tych, którzy wymuszają pierwszeństwo przed wózkiem. Dla mnie to szczyt nie tylko drogowego buractwa.

W Krakowie czasem biegałam. Wiecie, jak człowiek już wpadnie w rytm szybszego przebierania nogami, to woli go nie przerywać. Dlatego zdarzało mi się wbiec na pasy (wiem, nie powinnam tego robić) przy mrugającym zielonym świetle dla przechodniów. O zgrozo, co się wtedy nie dzieje! Oczywiście, część kierowców przystopuje, ale niektórzy trąbili, udawali, że się nie zatrzymają, dodawali gazu przy wciśniętym sprzęgle! Sami pewnie nie raz przecięli komuś drogę, ale teraz bawią się w strażników drogowego prawa. I nie przejdzie im przez głowę, że łatwiej im zwolnić niż mi zatrzymać się, czekać znów minutę na zmianę świateł i od nowa wprawiać w ruch ostudzone mięśnie.

Batonik dla dziecka

Dlatego tak przyjaznym okiem zerkam na Hiszpanów. Możemy śmiać się z ich „mañana”, czyli braku pośpiechu, ale na drogach są po prostu aniołami, przynajmniej względem pieszych (bo względem pojazdów panuje raczej samowolka, a nie ład uliczny). Dojeżdżają do pasów i zwalniają, bo przecież ktoś może wyłonić się zza samochodów. Widzą biegacza, to z daleka pokazują mu ręką, by wskakiwał na jezdnię, bo nie zamierzają przejeżdżać mu przed stopami.

A już wyjątkową alergię mają na przepuszczanie wózków z dziećmi. Stoję na chodniku, czekam na wolną jezdnię i w tym momencie do pasów dojeżdża samochód. Pani zauważa nas kątem oka, staje w połowie „zebry”, kręci głową przepraszająco. Brakuje tylko, by wyskoczyła z auta, dziecku dała batonika, a mi wręczyła kwiaty. Nie ma satysfakcji, że mogła zyskać pięć sekund, tylko wstyd, że naraziła dziecko na niebezpieczeństwo.

Bo buractwo na drodze to broń obusieczna – nawet jeśli samochodem robisz 100 tys. km rocznie, to w końcu i tak kiedyś będziesz przechodniem. I wiecie co? Jestem przekonana, że ci, którzy klną jako przechodnie, często niemal identycznie zachowują się za kierownicą.

Marta

zdjęcie tytułowe Foter.com

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Kraków wychowuje marudy i nudziarzy! Jest pomysł, by to zmienić