Lifestyle Polecane Publicystyka

To powinna być wielka atrakcja całego regionu! Niestety, niszczy ją lenistwo obsługi

Takich atrakcji nawet za granicą jest bardzo niewiele. A jak już są, to kosztują majątek. Tymczasem niedaleko od Krakowa mamy prawdziwą perełkę – nie dość, że robi wrażenie, to jeszcze działa jak wehikuł czasu. Szkoda tylko, że nie nadąża za nią obsługa – napisał do KRKnews Czytelnik.

A nadążyć ciężko nie jest, bo chodzi o kolej retro, która po Małopolsce jeździ z różnych miejsc. Ja akurat wystartowałem z Chabówki do Kasiny i liczyłem na niezapomnianą podróż.

I na taką się zapowiadała, bo już w skansen w Chabówce rozbudza wyobraźnię. Zielono, przygotowane miejsca do piknikowania i przede wszystkim lokomotywy. Potężne, pięknie utrzymanie i stare. Jak stare? Nie mam pojęcia, bo tego nie powiedział nam nikt…

Sama wycieczka ciekawa – najpierw przez Rabkę, później wzdłuż zielonych szczytów, aż do podnóża Śnieżnicy, największej góry w regionie (to wyczytałem sam, bo tego oczywiście też nikt nie powiedział).

Obsługa pociągu to ok. sześciu osób, czyli wypadałoby średnio jedna na wagon. Obowiązki jakie wypełnili w ciągu blisko trzech godzin podróży, to:

– przywitanie, góra 20 sekund.

– dwukrotne rozniesienie kanapek (2 minuty na wagon)

– sprawdzenie biletów (3 minuty na wagon)

– przejście po składce (a jakże), czyli z pocztówkami, które były cegiełkami (5 minut)

Cegiełka zamiast opowieści

I na tym koniec, nic więcej. W skrócie – proszę wejść, proszę wysiąść, proszę przegryźć kanapkę, proszę wyjść, wejść, kanapka, cegiełka, do widzenia. Ani słowa o lokomotywie, o pociągu, o trasie, o historii. Nic, przejedźcie trasę i do widzenia. Nikt nie zaoferował nawet folderu (a jakby zaoferował, to pewnie za pieniądze), jakiś słuchawek z nagraniem, albo prostej broszury. A nie, przepraszam, rzucili jakąś gazetę, która z przemierzaną przez nas trasą miała niewiele wspólnego.

A najlepsze, że przerwa w Kasinie trwała blisko półtorej godziny. I w tym czasie obsługa pociągu, zamiast wydelegować kogoś do 15-minutowej opowieści, wolała rozsiąść się przy stoliku i snuć opowieści o mijających imprezach weekendowych.

– Ja myślałem, że skoro mamy tu siedzieć półtorej godziny, to możesz chociaż jakaś kapela góralska zagra – dziwił się jeden z turystów.

A na koniec konkurs: ile ta świszcząca, rozpalona, monumentalna i potężnie kopcąca maszyna spala węgla w ciągu godziny?

a) 100 kg

b) 1000 kg

c) 10000 kg

d) no trochu spala

Prawidłowa odpowiedź – “D”. Tak, właśnie takiej odpowiedzi udzielił jednemu z turystów maszynista. Biedny chłopak prosił, naciskał, wspominał o przybliżonych ilościach, a na odczepne usłyszał “no trochu spala”. To tak jakby przewodnik w Tatrach powiedział, że “Rysy trochu metrów mają”, a specjalista od Mazur stwierdził, że “trochu tu tych jezior mamy”.

Zarzynanie atrakcji

Kpina, absolutna kpina i policzek dla turystów. Płaćcie, wsiadajcie, wychodźcie i o nic nie pytajcie. To bardzo przykre, bo wystarczyłoby trochę mniej lenistwa, by taki wyjazd ludziom znacząco uatrakcyjnić. A tak wychodzili z tego pociągu wiedząc tylko, że “trochu węgla spala”.

I właśnie w taki sposób zarzynamy piękną małopolską atrakcję. Bo jeśli ktoś mnie dziś zapyta, czy z niej skorzystać, to powiem, że lepiej jechać do kopalni soli w Wieliczce, w Tatry, czy zobaczyć Sukiennice. Tam przynajmniej pracują zaprofesjonaliści.

Bartosz (nazwisko do wiadomości redakcji)

Teksty publikowane w dziale Publicystyka są prywatnymi opiniami autorów. Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami lub wyrazić swoje zdanie na naszym portalu? Napisz: redakcja@krknews.pl.