A gdyby tak... Polecane

Upokarzające zdarzenie z krakowskiej restauracji. Poszło o kilkanaście złotych

To było niezwykle irytujące. Wydarzyło się jeden jedyny raz, ale uczucie upokorzenia było bardzo nieprzyjemne, choć poszło zaledwie o kilkanaście złotych – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Jakiś czas temu przypadkowo wylądowałam we Włoszech. Daleko z Hiszpanii nie było, a skusiła mnie Wenecja oraz opowieści o tamtejszym jedzeniu.

Wenecja okazała się grzechu warta, a jedzenie różne – takie, za które dałabym się pokroić; ale też takie, że lepiej karmią w “Żaczku”. Za pierwszym razem zdziwiło mnie jednak coś innego, a mianowicie tajemnicze „coperto”. Zagadka szybko została rozwiązana (a dla części z Was zagadką pewnie nie była), że “coperto” to obowiązkowa opłata w restauracji.

Z Hiszpanami na zero

Proste – wchodzi, siadasz za stołem, jeszcze nie zdążysz nic zamówić, a na rachunku już masz nabite 1,5 – 2 euro od osoby. Na początku się lekko wkurzyłam, później zdziwiłam, a na samym końcu uznałem, że co kraj to obyczaj. Szczególnie, że uznałam (być może niesłusznie), że skoro płacę „coperto”, to napiwków nie zostawiam.

Z kolei w Hiszpanii napiwków nie zostawia się wcale. Przynajmniej, tak robią osoby, które znam. Podobno w niektórych, bardziej turystycznych regionach, każą dopłacać do rachunku 10 proc. za obsługę. Nie wiem, nie widziałam, i póki nie zobaczę, to się nie zdenerwuję.

Nie zdenerwuję się tak, jak przed laty w Krakowie. Restauracja w okolicach Rynku, ta z tych uważających się za eleganckie. Jedzenie okazało się jednak średnie, trzeba było na nie długo czekać, a pani kelnerka nic nie robiła sobie z naszego dopominania się o kolejne potrawy i drinki.

W takich okolicznościach nie da się miło zjeść kolacji, więc przypominało to raczej nerwowe napełnianie brzucha, które mogło się jednak zakończyć wrzodami. Rachunek był bowiem nie najmniejszy (coś ponad 120 zł), ale najgorsze czaiło się na końcu – opłata za serwis.

Bezczelnie naliczone 10 proc. Za co? Za stratę czasu, walkę z głodem, przeciętne smaki i niemiłą obsługę? Pani kelnerka wręczyła mi rachunek z uśmiechem, a ja poczułam się niemal upokorzona. Bo nie dość, że ktoś lekceważył mnie przez cały wieczór, to jeszcze wystawił za to rachunek. Wbił to do kasy fiskalnej i przedstawił jako paragon. Koniec, klamka zapadła, nie mogę nic zrobić. Muszę płacić jak frajerka komuś za to, że zepsuł mi wieczór, a na koniec jeszcze sobie zadrwił.

Mój własny algorytm

Od tamtej pory dokładnie sprawdzam, czy obsługa jest wliczona w cenę. Jeśli nie, to wychodzę z prostego założenia. Jaka jakość serwisu, taki napiwek. Nie standardowo zostawiane 10 proc., ale kwota wyliczona według mojego uznania. Jeśli wszystko było jak należy – 10 proc. Jeśli było przeciętnie – 4,5 lub 6 proc. Jeśli źle i niemiło, to każe rozliczyć rachunek co do grosza.

A Wy? Wyznajecie zasadę „+10 proc. do rachunku” czy uznajecie, że w krakowskich restauracjach płaci się na tyle dużo, że napiwki to już przesada?

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. 

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Co za syf! Jeśli nadejdzie do Krakowa, trzeba się będzie ewakuować