A gdyby tak... Polecane

To uwłaczające! Polskie sklepy robią sobie z klientów jaja!

To jedna z najbardziej irytujących rzeczy, jakie mogą spotkać człowieka w polskim sklepie. Przy niej powiedzenie: „klient nasz pan” brzmi jak żart. Bo jak można udawać, że się kogoś szanuje i jednocześnie kazać mu tracić czas w kolejce i to przy akompaniamencie rechoczącej obsługi?! – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Sobota, jeden z sieciowych sklepów w Krakowie. Zabieram błyskawicznie dwa produkty z półki, pędzę do kasy, a tam w kolejce z osiem osób. Szybko rzut oka na pozostałem stanowiska – pusto.

Rzut oka na sklep – trzy panie sprzedawczynie debatują nad tym, gdzie położyć rodzynki, a gdzie wiórki kokosowe, bawiąc się przy tym jak podczas występu kabaretu. Nawoływania klientów mają gdzieś, podobnie jak okrzyki swojej koleżanki, która musi wysłuchiwać niewybrednych komentarzy ludzi w kolejce.

Nie trzeba całować po stopach

I tak sobie stoimy. Ktoś ma pełen koszyk, ktoś inny jeden produkt. Ktoś ma czas i spokojnie gada przez telefon, a ktoś inny czasu nie ma i przeklina uciekające sekundy. Najwięcej czasu miały jednak panie z obsługi sklepu, które w takim momencie wynajdują sobie dziesiątki nowych obowiązków i dziesiątki nowych dowcipów do opowiedzenia.

Ja się denerwuje, bo jestem ósma do obsłużenia, a za mną kolejka rozwidla się już na lewo i prawo. I powoli to moje czekanie przestaje być już kwestią czasu, ale szacunku w ogóle. Halo, jestem klientką! Nie chcę być uważana za pana, nie chce całowania po stopach, nie zależy mi nawet na przesadnej grzeczności. Chce po prostu zapłacić i wyjść!

A jak jeszcze słyszę te pani trajkocące obok… Masakra!

Ciach i otwarcie

W Hiszpanii też czasem trzeba swoje wystać, bo sprzedawcy jadą na pięć-siedem stanowisk, a i tak nie radzą sobie z rozładowaniem kolejki (poczujecie to wkrótce w sobotnie wieczory, gdy wszyscy będą robili zakupy przed niedzielą tzw. niehandlową).

Nigdy nie spotkałam się jednak z sytuacją, że otwarta jest tylko jedna kasa. Po prostu zawsze gotowe do działania są co najmniej dwie – jest dwóch klientów, jeden, zero – otwarte są zawsze dwie. Są kolejki przy dwóch kasach, to ciach! – otwieramy trzecią, czwartą, piątą.

Rozumiem, że w takiej sytuacji właściciel sklepu czasem musi płacić komuś tylko za siedzenie, ale na litość – może właśnie taka jest cena szacunku klienta?!

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay.com

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Chamstwo, wyzwiska, bijatyki. W Krakowie trwa wojna troglodytów!