A gdyby tak... Polecane

W Krakowie rządzi patologia? Chyba komuś coś się pomieszało

Najpierw trzeba było wystać się w kolejce, później policjant otworzył obskurny pokoik i oświadczył: “w tej sprawie i tak nic się nie da zrobić”. Od tamtej pory myślałam, że to u nas jest źle, ale w Hiszpanii zupełnie zmieniłam zdanie – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

W Krakowie na rowerze jeździłam nałogowo. Plus 30, minus 15. Duże korki, puste drogi. Obojętne – rower to był mój żywioł. I za ten żywioł dwa razy musiałam srogo zapłacić.

Ile? Za pierwszym razem jakieś 1200 zł, za drugim – gdy byłam już mądrzejsza – jakieś 300. Tyle bowiem kosztowały rowery, które mi skradziono.

Złodziej w kapturze? To koniec!

Za pierwszym razem sprzed biblioteki na ul. Rajskiej. Zapięłam do stojaka, poszłam na parę godzin i jak wróciłam, to tylko po to, by pozbierać resztki z mojego lichego zamknięcia. Najzabawniej jednak było na komisariacie (tak, głupia, myślałam, że pomogą).

Kilkadziesiąt minut wyczekałam się na policjanta tylko po to, by ten na wstępie stwierdził, że „protokół oczywiście spiszemy, ale rower i tak się nie znajdzie. W takiej sprawie nic się nie da zrobić”. Podwinął rękawy, zaczął stukać w maszynę, pożartował i tak moja nadzieja na znalezienie roweru prysła.

Za drugim razem nie byłam na tyle głupia, by iść na policję, za to na tyle nierozważna, że zostawiłam rower na klatce bez zapięcia. Długo to nie trwało, ale wystarczyło, by ktoś sobie pedałował, a ja się wściekała.

W sumie trudno mi znaleźć znajomego, kto nałogowo jeździł na rowerze, miał liche zabezpieczenie i roweru nie stracił. Jednym buchnęli spod bloku, innym tuż pod okiem kamery (policjant: “oho, złodziej ma kaptur, nie znajdziemy go”). Generalnie rowery w Krakowie się kradnie, a w pewnym momencie było tego tak wiele, że zaczynało zakrawać o patologię terroryzującą rowerzystów.

Złomiarze z Hiszpanii

I gdyby złodzieje nie byli złodziejami, to w tym miejscu powinnam ich przeprosić, bo ci nasi przestępcy rowerowi to nic w porównaniu z tym, co dzieje się w Hiszpanii. Oczywiście żadnego złodzieja za rękę nie złapałam, ale wygląda na to, że są równie bezczelni jak nasi złomiarze.

Wyobraźcie sobie, że w Hiszpanii nie wystarczy przypiąć roweru grubą kłódką do stojaka. O nie, to rozwiązanie dla żółtodziobów, wręcz wystawienie się na kradzież. Tutaj, idąc ulicą, spotyka się rowery bez siodełek (!), bez kół (!!), bez kierownicy (!!!). Rozumiecie? Rowery te nie są jakieś przestarzałe, a wyglądają jak wraki. Czemu? Rozwiązania są dwa:

– albo właściciel roweru rozkręcił go na części pierwsze, bo części mogą mu zostać skradzione;

– albo te części skradzione już zostały.

Patologia? Trzeci świat? Dobre sobie…

Naprawdę, wrzućcie sobie ten widok przed oczy. Sama rama, niemal goła, bo w okolicy grasują złodzieje (złomiarze), którzy wezmą wszystko. I jak w takim miejscu jeździć na rowerze? Nie spuszczać go z oka? Wozić ze sobą cztery grube kłódki? A może chodzić po mieści z kołami w jednej, a kierownicą w drugiej ręce? 

I niech mi ktoś powie, że Polska to trzeci świat, w którym rządzi patologia…

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay

gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

 

Brawo krakowianie! Teraz to naprawdę zaimponowaliście…