A gdyby tak... Polecane

Wystarczyło w Krakowie wsiąść do samolotu… Na litość, co ci ludzie wymyślali?!

Kupujesz bilet, oddajesz losowi przydział miejsca, później żałujesz i to bardzo. Ale tylko chwilę, bo krótka przechadzka po samolocie udowadnia, że jednak w każdym jego miejscu mogłaby być kręcona polska wersja Big Brothera – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Raz na kilka tygodni pakuję się w samolot, wybieram kierunek Polska/Hiszpania i gotowe – świat pełen dziwaków staje przed mną otworem.

Na początek tradycyjnie wielkie zamieszanie:

„Janusz weź Zosię, już wam miejsce załatwiłem” – krzyczy dumny facet przez telefon, a ja zastanawiam się po co dzwonił, skoro drze się tak, że i słyszy go pół samolotu.

Za chwilę z gęstwiny ludzi pakujących walizki nad głowami wyłania się szczęśliwa para, a w drugą stronę udają się zdezorientowani Hiszpanie, którym znajomi Janusza i Zosi na migi (a jak inaczej?) wytłumaczyli, żeby zamienili się miejscami.

I już jest, cała ekipa razem i bez płacenia za rezerwację miejsc. Pierwszy sukces wyjazdu zaliczony!

Dalej zaczyna się debata nad katalogiem linii lotniczych. Litr wysokoprocentowego alkoholu kosztuje 14 euro. Szybki rachunek, uśmiech i wzrok mówiący: Okazja, bierzemy! Niby dopiero 11:45, ale w końcu Polak jedzie na wakacje.

I startuje debata:

– Biała czy ruda?

– Weź rudą, z colą wejdzie.

– Z colą? Ja z colą nie piję, to dla żony i jej koleżanek.

– Za to ja z colą mogę więcej wypić. Ostatnio ze szwagrem…

– OK, to ruda, ale która?

– X jest dobra.

– Nie, Y, potrójnie destylowana.

– A tej Z nie ma? Ostatnio na wyjeździe integracyjnym jak ktoś ją wrzucił do basenu to 30 osób za nią w ubraniach wskoczyło.

Wszystkiemu przysłuchują się partnerki, które wolą się nie wtrącać, tylko przytakują. Jednej tylko się wyrwało: “Jesteście jak dzieci”.

W końcu nadchodzi steward.

– Proszę chipsy, dwie cole, cztery kubeczki i X.

I tu cios obuchem w głowę, a dokładnie cztery głowy.

– Tego alkoholu nie mamy w ogóle. Kiedyś sprzedawaliśmy dobę przed lądowaniem, żeby ludzie nie spijali się podczas lotu, ale teraz nie ma wcale.

Ból wymalowany w oczach, żal na ustach, złość u co poniektórych. W końcu decyzja:

– To tylko chipsy i te kubeczki.

Chipsy wiadomo, a kubeczki dla najbardziej zaradnego, co to pół litra na bezcłówce zakupił (przy okazji dyskusja gdzie kto na bezcłówce był i co kupił). Kolejka, druga i po zabawie – wakacyjny czar prysł, przynajmniej na kilka godzin.

Polak, Czech i ADHD

Kilka rzędów dalej dwóch panów: Polak i Czech. Znak charakterystyczny – tłuste włosy (fuj!). Poznali się kilkadziesiąt minut wcześniej. To nie przeszkadza Panu Polakowi na pół samolotu stroić sobie żarty ze współpasażera. Że podobno Praga żąda dostępu do morza, że u nich dzieci są grzeczne, bo dumlają smoczki nasączone spirytusem, że u nich Beherovkę to pije się na śniadanie. I tak całą drogę – jeden nawija, drugi musi to przyjmować uśmiechem, a reszta słucha i z grzeczności też się uśmiecha.

Jeszcze lepszy cyrk dwa rzędy za nimi – facet siedzi, wstaje, siada na ziemi, klęka na siedzeniu. Chodzi do przodu, do tyłu. Marudzi, że lot trwa za długo, bo trzy godziny (takich delikwentów na czas podróży np. do Australii powinni usypiać), że nie ma co robić, że wszystko źle. Jakby pierwszy raz siedział w samolocie i nie wiedział, że tu raczej po skrzydłach nie pobiega. Tykająca bomba, która grozi eksplozją w każdym momencie. I naraża się, że eksploduje ktoś ze współpasażerów.

Wyścig

Okazało się jednak, że współpasażerowie najlepsze jak zawsze zostawiają na koniec. Samolot jeszcze nie dotknął kołami pasa, a już słychać dźwięki: facebooka, twittera, tindera itd., a ktoś do telefonu krzyczy: Mamo, właśnie lądujemy!

W tym samym momencie jakiś pocisk przemyka między siedzeniami. Terrorysta? Wariat? Zwycięzca w totolotku? Nie, pasażer, który przy wyjściu chce być pierwszy. Szybko jednak zawrócił, bo dostał ostrą komendę od stewardessy. Co za pech, atak na pierwszeństwo wejścia do autobusu nieudane!

Cóż, może powiedzie się następnym razem…

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

 

Wariat na drodze? Oto sprawdzony, choć kontrowersyjny sposób jak go wychować