A gdyby tak... Aktualności Polecane

Zimny, śmierdzący, szaro-bury Kraków został opętany siecią. Wskoczyliśmy do XXII wieku!

To trochę jakby z rana biec po wodę do studni, zamiast szczoteczki używać palca, jeść tylko kiełki znalezione w lesie, a czas wolny spędzać w towarzystwie lampy naftowej głaszcząc dinozaura. Właśnie zderzyłam się z hiszpańskim trzecim światem, w którym internet to dobro luksusowe.

Masakra! Pierwszy  raz zatęskniłam za Krakowem! Tym zimnym, śmierdzącym, szaro-burym. Ale Krakowem, w którym w kilka sekund wskakuję do świata wirtualnego. W Hiszpanii taki skok zajął mi dobrych kilka tygodni.

Przeczytałam na KRKnews, że niektóre dzielnice Krakowa zbroją się w internet i instalują WI-Fi dostępne np. w parkach. Pomyślałam, że to absurd, przecież każdy internet ma w telefonie i po dwóch pomacaniach ekranu świat staje otworem.

Hiszpania pokazała mi jednak, że w Polsce zrobiliśmy skok do XXII w., za to Hiszpanie mocno zakotwiczyli w trzecim świecie.

Starcie pierwsze

Mieszkanie wynajmuje mi Ukrainka, internet zapewnia. Dokładnie po 13 dniach sieć zaczyna działać jak leniwy robotnik w okresie wypowiedzenia. Słowem – lepiej nie korzystać, szkoda nerwów.

Dzwonię, słyszę zrozumienie w głosie, a później moje zdziwienie – ten internet po 30 gigabajtach zwalnia niemiłosiernie. Dla niewtajemniczonych – facebook, szukanie pracy, mecz ze znajomym, z 10 odcinków serialu i basta, dalej nie pójdzie.

Na następny dzień sympatyczna Ukrainka przywozi nowy router. Stary do torby, nowy na stół. O co chodzi?! Okazuje się, że oni te routery to podpinają do… kosmosu. Nie ma stałego łącza, jakiejś sieci, tylko karta SIM w routerze. Czyli w sumie taki duży telefon komórkowy. Witajcie w XXI w.

Poszukiwanie mieszkań

Mieszkanie pierwsze. Internetu nie ma i nie będzie, bo właściciele nie wie, jak się za to zabrać. Można coś próbować, ale na własną rękę.

Mieszkanie drugie. Internetu nie ma, ale właściciel nie mówi: „nie”. Mam go znaleźć, wziąć umowę na siebie, a na końcu podzielimy się kosztami. Zaczyna pachnieć XXI w., ale to jak zapach ciasta u sąsiadki – niby kręci w nozdrzach, ale do rozkoszy jeszcze daleko.

Mieszkanie trzecie. Internet jest! Jest, ale trzeba go przynieść od… brata. Kiedyś nosiło się wodę ze studni, teraz w Hiszpanii nosi się internet. Ten sam przykład – router podpięty do kosmosu, który może być wszędzie, ale mówi: „dobranoc” po 30 gigabajtach, czyli 13 dniach.

Dobrze, załatwię sprawę na własną rękę. W „specjalistycznych” salonach oczywiście nikt po angielsku nie mówi, ale za pomocą gogle translatora otrzymuję propozycję nie do odrzucenia: 50 euro za internet nie do zajechania. Co to znaczy? Po dłuższej wymianie wpisów Pani wyjaśnia: „30 gigabajtów miesięcznie. Nie da się tego wykorzystać!”.

Nie chciało mi opowiadać o netflixie, facebooku, youtube. U mnie coś w środku tylko zaczęło krzyczeć: „Litości! Czemu wylądowałam w internetowym trzecim świecie???!!!”.

Odcięci od funkcji życiowych

W końcu uratował mnie może jakiś geodeta, a może logistyk od wytyczania sieci internetowej (choć wątpię, że taki zawód w Hiszpanii istnieje). Znalazłam mieszkanie z internetem „do spodu”. Choć kosztował 130 zł (w Polsce płaciłam 37 zł), to był szybki, nie miał limitów i przede wszystkim w najważniejszym momencie nie mówił: „No to do zobaczenia, widzimy się pierwszego dnia następnego miesiąca”.

Nie raz pisałam Wam tu o dziwnych rzeczach, przypadkach i przywarach, za które powinniśmy się wstydzić. Ale, litości! My w Polsce spełniamy cztery podstawowe funkcje życiowe: oddychamy, pijemy, jemy i korzystamy z internetu.  Tymczasem w Hiszpanii jakby ktoś odebrał im tlen, wodę i chorizo.

Marta

fot. Foter.com

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Wystarczyło w Krakowie wsiąść do samolotu… Na litość, co ci ludzie wymyślali?!