Mieszkaniowy horror na Grottgera

Fot. Materiały Promocyjne

Zdjęcia apartamentowca przy ul. Grottgera 34, w którym sąsiedzi, bez większego wysiłku mogą podawać sobie ręce obiegły media społecznościowe wywołując burzę, jakiej dawno nie było. Padają porównania do zatęchłych nor w czynszowych kamienicach rodem z XIX wieku, w których szerzyły się zaraza i robactwo.

Na zdjęciach publikowanych w sieci widać bryłę budynku podzieloną na cztery segmenty. We wnękach między nimi architekci umieścili okna i balkony. Kontrowersje wywołały odległości między nimi, pozwalające na bardzo daleko idące zacieśnianie relacji międzysąsiedzkich, ocierających się niemalże o sferę intymną.

Pusty śmiech

W niedostępnym już katalogu dewelopera można przeczytać taką oto formułkę: „funkcjonalne, przestronne i NASŁONECZNIONE (podkreślenie KRKnews.pl) mieszkania zostały zaprojektowane tak, aby każdy mieszkaniec z łatwością mógł zaaranżować je na wiele sposobów”. Od pustego śmiechu można dostać zajadów.

„Standard jak w najgorszych XIX wiecznych kamienicach czynszowych. Depresja, krzywica i gruźlica w pakiecie?”, „Zastanawiam się kiedy zacznie się epidemia chorób psychicznych w Polsce, bo chyba trudno nie wpaść w paranoję gdy sąsiad ma balkon w twojej sypialni…” – to tylko kilka komentarzy, jakie pojawiły się w sprawie rzeczonego budynku, zaprojektowanego przez znaną pracownię Ingarden&Ewý Architekci, który dziwnym zrządzeniem losu nie został laureatem którejś z edycji „Makabryły”.

Nie oceniać książki po okładce?

Tomasz Kida, wiceprezes spółki KKS Investment, odpowiedzialnej za realizację inwestycji zaznacza, że tak ostra krytyka jest zdecydowanie na wyrost. I po raz kolejny deweloperów stawia się w roli „czarnego luda”, którym można straszyć małych krakowian. Zaznacza, że jedynie dwa lub trzy mieszkania mają taki widok,a dla reszty stanowi to dodatkowe doświetlenie. Przekonuje, że mieszkania te nie zostały nikomu wciśnięte, ludzie nie kupowali ich na etapie „dziury w ziemi”, a gdy budynek był gotowy.

Dodaje, że spółka nabyła projekt z pozwoleniem na budowę, więc deweloper nie miał wpływu na gotowy już projekt i, gdyby transakcja miała się powtórzyć, KKS Investment zdecydowałaby się na taki krok ponownie. – Przystąpiłbym jeszcze raz do tej budowy, ze względu na ciekawą formę, i wykorzystanie przestrzeni – zapewnia cytowany wcześniej przedstawiciel spółki.

Wojciech Jakubowski z pracowni Jakabe Projekty, nominowanej za projekt parku Stacja Wisła do prestiżowej nagrody im. Miesa van der Rohe po części przyznaje rację wiceprezesowi spółki, z pewnym jednak zastrzeżeniem. – Nie widziałem niestety rzutów poszczególnych pięter, ale taki zabieg uważam za ciekawy, pod warunkiem, że balkony i okna we wspomnianych wnękach nie należą do osobnych mieszkań, oraz co równie ważne nie stanowią jedynego dostępu do światła dziennego. W takiej sytuacji, mając do wyboru tradycyjną, ślepą ścianę szczytową i tego typu dodatkowe doświetlenie, wybrałbym drugie rozwiązanie – stwierdza.

Trudno z czystym sumieniem przyjąć optykę dewelopera, bo co z tego, że 90 proc. mieszkań posiada doświetlenie z drugiej strony, skoro w dwóch lub trzech przypadkach jedynym źródłem światła słonecznego, potrzebnego do życia nie tylko roślinom, ale i ludziom jest mikroskopijnych rozmiarów okno lub balkon, przez które bez większych przeszkód może nam zaglądać sąsiad. Pełna zgoda, że nowi lokatorzy zdecydowali się na zakup będąc świadomymi konsekwencji, ale chodzi o pewne elementarne zasady i nieprzekraczanie granic przyzwoitości, które w tym przypadku zostały przekroczone na każdym etapie, zarówno projektowania i także budowy.

KRA

Zobacz także