„A gdyby tak…”: Dość dojenia krakowian! Kawa na Rynku ma kosztować 2,30 zł

Rynek Główny / fot. Foter.com

To był pierwszy szok, ale do dziś mogę z niego otrząsnąć. Bo jakim cudem – do jasnej cholery – wyjście na kawę w dużo zamożniejszej Hiszpanii jest nieporównywalnie tańsze niż w Krakowie?! – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla Krknews.pl porównuje życie w obu miejscach.

Kawiarnia przy plaży San Juan. Piękny widok, relaksujące słońce i dziesiątki stolików krzyczących: „bierz krzesło, siadaj przy mnie!”. No to siadam. Południe, idealna pora na drugą kawę. Podchodzę, zamawiam, odbieram i słyszę głos jak z niebios: „un euro, por favor”. Un? Halo? Czy ktoś sobie robi jaja? Może to opłata za obsługę? Albo za cukier? Mieszadełko? Toaletę? Nie, dostaję rachunek, a tam jak byk: „Café – 1 euro”. Wówczas było to 4,42 zł, dziś 4,22 zł.

W Krakowie kawa, w Hiszpanii cały zestaw

Słabo? No to siadam przy plaży racząc się półdarmową kawą, gdy kelnerka zaczyna ściągać z szyby wielką reklamę: „Śniadanie! Dwa tosty z jamonem (tutejsza szynka) i kawa za 1,8 euro”. Czyli za cenę kawy na krakowskim Rynku (ok. 7,5 zł) zamożni Hiszpanie dostają jeszcze dwie kanapki? No bez jaj!

Nazajutrz poszłam, sprawdziłam, a kelnerka spytała, czy za kolejnego eurasa nie chcę szklanki soku ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Dwa tosty, kawa i sok za 11,50 zł!  W Krakowie wcześniej znalazłaby samą kawę w takiej cenie niż cały zestaw.

Okazało się jednak, że nie trafiłam do śniadaniowego eldorado,tylko w Hiszpanii (przynajmniej na Costa Blanca) na wizytę w kawiarni/knajpie stać niemal każdego śmiertelnika.

Przyjechali znajomi. Znów plaża, znów knajpka (tym razem inna) i zamówienie – dwa małe piwa i kawa. Kelner przyniósł zestaw, dorzucił do tego jeszcze oliwki i na stoliku zostawił rachunek na… 5 euro. 5 euro, 21 złotych za takie dobra w nadmorskiej knajpie. Spróbujcie za taką kwotę zaszaleć w Sopocie.

I moje ulubione miejsce – knajpka w drodze na plażę. Piwo za 1,5 euro, do tego w cenie dorzucają specjalnie robione przez siebie chipsy i raz na czas paradują po knajpie częstując gości kawałkami pizzy. A to wszystko za 1,5 euro, czyli trochę więcej niż 6 złotych.

Irytacja błogą chwilą

Przepraszam, ale szlag mnie trafia, bo wiem, że jak wrócę do Polski, to ten czar pryśnie. Nie znajdę tak taniej kawy, śniadań, zestawów. Tu uczę się cieszyć życiem, mieć odrobinę czasu dla siebie i swoich malutkich przyjemności. I po co? Po to, by za kilka miesięcy za śniadanie na Kazimierzu zapłacić 25 zł, a za kawę w Rynku 8 zł? Oczywiście, pewnie wskażecie mi tańsze miejsca, ale ja tu nie muszę wypatrywać cen, prosić o kartę, martwić się o rachunek. Wchodzę do kawiarni i za kawę nie płacę więcej niż 1,5 euro.

Cieszę się więc tą błogą chwilą, ale też irytuję. Nie, nie irytuję, tylko najzwyczajniej w świecie wkurzam. Do niedawna dziwiłam się, że kawę obok mnie codziennie o godz. 12 pije ten sam facet – młody, w sile wieku, ale ewidentnie znudzony. Dam sobie rękę uciąć, że jest bezrobotny i do pracy się nie pali. Ale na kawę ma. No ale jak ma nie mieć, skoro płaci za nią 1 euro, a w Hiszpanii zasiłek wynosi 70 proc. jego ostatnich zarobków?

Sprawiedliwość? 825 kaw po 2,30 zł

Ok, dla łatwego porównania – w Hiszpanii minimalna pensja wynosi ok. 3,5 tys. zł, a w Polsce blisko połowę mniej – ok. 1,9 tys. zł. Hiszpan u siebie za „minimalną” może więc kupić 827 kaw po 1 euro, a krakowianin 316 (przyjmując cenę 6 zł za kawę, co i tak jest zbliżone do ceny promocyjnej). Gdzie tu sprawiedliwość? Byłaby, gdyby kawa u stóp Mickiewicza  kosztowała 2,30 zł, wówczas krakowianin również mógłby sobie ich kupić w miesiącu 827…

Spokojnie, nie jestem naiwną dziewczynką, ani socjalistką, która żąda zrównania cen na całym świecie. Wiem, że wynajęcie lokalu na Rynku kosztuje, wiem, że są różne opłaty i podatki. Ale z drugiej strony zatrudnienia kelnera/kucharza/barmana w Krakowie jest tańsze niż w Hiszpanii. I  biorąc pod uwagę te wszystkie zależności nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na krakowskim Rynku codziennie jesteśmy po prostu dojeni z ciężko zarobionych pieniędzy.

Marta

Zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

„A gdyby tak…”: Walczmy z prostactwem! Wypróbuj tylko jedną rzecz

Zobacz także