„Chcę, by te obrazy i kłamliwe informacje zniknęły z przestrzeni publicznej”

Joanna Grzymała-Moszczyńska kontynuuje walkę z billboardami Fundacji Pro – prawo do życia które przedstawiają płody i uszkodzone tkanki. 9 maja sprawą zajmie się Sąd Rejonowy. Pierwsza instancja umorzyła sprawę bez choćby wysłuchania stron.

Krknews: Jaki jest twój cel?
Joanna Grzymała-Moszczyńska: Pragnę, by z przestrzeni publicznej zniknęły bilboardy, które z upodobaniem wszędzie zamieszcza Fundacja Pro – prawo do życia. Moim zdaniem to wszystkim szkodzi. Niestety ludzie zaczynają przyzwyczajać się do tego, że gdziekolwiek nie pójdą, widzą obrazy rozszarpanych tkanek – w dodatku okraszone kłamliwym komentarzem. Moim zdaniem to jest przemoc wizualna i chciałabym, żeby takie działania były nielegalne.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś bilbord Fundacji Pro przy ul. Monte Cassino?
W lipcu 2016 wracając do domu i od razu stwierdziłam, że ni zgadzam się, by takie rzeczy znajdowały się w przestrzeni publicznej. Postanowiłam zadzwonić na policję. Tam powiedziano mi, że muszę napisać maila do komisariatu właściwego dla ulicy Monte Cassino. W wiadomości miało znaleźć się zdjęcie oraz uzasadnienie dlaczego uważam, że tego typu billboard nie powinien znajdować się w przestrzeni publicznej.

Czy jest jakiś artykuł, na który można było powołać się w tej sprawie?
Powołałam się na art. 51 kodeksu wykroczeń, czyli wywoływanie zgorszenia w miejscu publicznym. Później wezwano mnie na komisariat, gdzie zostałam przesłuchana przez panią sierżant. Po przesłuchaniu przez kilka tygodni była cisza. Później prawnik – Kamil Twardowski, który pro bono postanowił pomóc w tej sprawie, przeglądając akta sprawy znalazł opinię radcy prawnego komendy policji w Krakowie. Według tej opinii jeżeli będziemy zakazywać „obrony życia” to, w którymś momencie może dojść do sytuacji, gdzie „promocja życia” będzie zabroniona. Wyobraźmy sobie, że promocja zdrowej żywności czy profilaktycznych badań przesiewowych będzie zakazana. Brzmi to kuriozalnie.

Sprawa była dość głośna w mediach i bulwersowała wiele osób, ale czy faktycznie ktoś jeszcze zgłosił tą sprawę na policję?
Zeznawało kilkanaście osób. W większości były to członkinie Partii Razem, ale nie tylko. Niektóre osoby znałam, a inne nie. Nie wszystkie osoby zdecydowały się na przyjęcie roli oskarżycielek posiłkowych. Tylko ja i Monika Szymańska zdecydowałyśmy się na zostanie oskarżycielkami posiłkowymi. Chciałam nagłośnić tą sprawę, więc dodałam post na grupę Dziewuchy Dziewuchom Kraków i inne grupy związane z obroną praw kobiet do decydowania o własnym ciele. Starałam się zachęcać inne osoby do zgłaszania tego naruszenia.

Co działo się dalej?
Przesłuchania trwały dość długo. W końcu dostałam informację, że sprawa została przekazana do sądu. Czekałam cały czas na powiadomienie o rozprawie, wreszcie 22 grudnia odebrałam list z sądu rejonowego. Okazało się, że w listopadzie odbyła się rozprawa. Sąd zdecydował na niej o nie wszczynaniu postępowania.

Czemu sędzia zdecydowała się na umorzenie sprawy?
Argumenty były naprawdę absurdalne. Według sędzi osoba odpowiedzialna za powieszenie billboardu nie krzyczała, co oznacza, że nie wywoływała zgorszenia, które można wywołać tylko krzycząc. Najwyraźniej obrazy rozszarpanych płodów nie mogą wywoływać zgorszenia… Według mnie było to podyktowane złą wolą i myślą, że nie będziemy chciały się odwoływać. Pomyliła się…

Po drodze były święta.
Miałyśmy tylko 7 dni roboczych na napisanie odwołania, ale po drodze były święta, więc praktycznie jeszcze mniej. Byłam już tym bardzo zmęczona i myślałam, że nie zdecyduje się na kontynuowanie tej walki. Gdyby nie zachęta ze strony rodziców i świetne wsparcie prawne ze strony Kamila pewnie bym się poddała.

Zdążyliście wysłać wniosek?
Tak, wszystko udało się złożyć w terminie. Dzięki temu Sąd pozytywnie rozpatrzył wniosek i kolejna rozprawa miała się odbyć w sądzie okręgowym.

Czy tym razem kolejny sędzia nie chciał was wysłuchać?
Sędzia wysłuchał prawnika, Monikę Szymańską i mnie. Powiedziałyśmy dlaczego uważamy, że billboardy nie powinny się znajdować w przestrzeni publicznej. Sąd nie dość, że przyjął wszystkie argumenty, to jeszcze dodał, że wcześniej rażąco naruszono procedury i nie dano nam przestrzeni do wypowiedzi. Już wiemy, że 9 maja odbędzie się ponownie rozprawa przed Sądem Rejonowym.

Jesteś zadowolona?
Tak i mam nadzieję, że sprawa pójdzie do przodu. Wiele osób pisze do mnie z innych miast i prosi o porady co zrobić z billboardami w ich mieście. Kilka dni temu wystartowaliśmy w Razem z akcją „Szantaż z dala od szpitala”, w ramach której prowadzimy stronę zdalaodszpitala.pl. Umieszczamy tam informacje odnośnie możliwości zgłaszania bilboardów, ale także mobilnych wystaw anty-choice. Można tam znaleźć instrukcje, co – krok po kroku – można zrobić, gdy natkniemy się na takie obrazy w przestrzeni publicznej. Liczę na to, że dzięki temu dokonamy bardziej trwałych zmian.

Chcesz zmienić prawo?
Przede wszystkim orzecznictwo, które dziś sprzyja głównie przeciwnikom wolności kobiet do decydowania o sobie. Wyroki sprzed 10 czy 20 lat, na które powołuje się wiele sądów, nie są dzisiaj adekwatne. Przede wszystkim dlatego, ze poparcie społeczne dla takich obrazów w przestrzeni publicznej jest bardzo niewielkie. Nie czuję chęci odwetu czy surowego karania, po prostu chcę, żeby te obrazy zniknęły z przestrzeni publicznej. Gdybyśmy wygrały, w ramach rekompensaty oczekiwałabym na przykład darowizny na rzecz organizacji pozarządowej działającej na rzecz praw kobiet.

A co powiesz o tym jako doktorantka psychologii?
Mam wrażenie, że jest dość duży konsensus co do treści pokazywanych przez Fundację Pro. Piszemy o tym też na stronie zdalaodszpitala.pl – można przeczytać tam opinie wielu psychologów, które jednoznacznie wskazują na to, że tego rodzaju obrazy są szkodliwe dla osób je oglądających. Jestem przekonana, że w przypadku części osób to może wywoływać traumę, szczególnie u dzieci. Nie ma jak uciec czy się obronić przed tym obrazem. W telewizji tak agresywne treści są pokazywane po godzinie 22.00, a tutaj mamy do czynienia z przemocą cały czas – w trakcie drogi do pracy, szkoły czy przedszkola. Te hasła, które się pojawiają przy billboardach nie tylko tworzą presję, ale przede wszystkim są niezgodne z prawdą, np. wiek płodów przedstawianych na nich jest znacząco zaniżany.

Jak myślisz, czy treści pokazywane na billboardach są wcześniej kontrolowane?
Z tego co wiem treści billboardów nie są w żaden sposób kontrolowane – zresztą nie wiem, kto miałby to robić. Teraz mamy do czynienia ze zmasowanymi pikietami Fundacji Pro przed szpitalami. Oczywiście, każdy ma prawo zgłosić zgromadzenie publiczne i wyrażać swoje poglądy, ale sposób, w jaki robi to ta organizacja jest nieludzki. Stoją z tymi plakatami przed oddziałami ginekologicznymi, gdzie często znajdują się kobiety, które są potwornie zdenerwowane stanem swojego zdrowia i losami ciąży. Jak mało empatii trzeba mieć w sobie, żeby poddawać te kobiety dodatkowej presji i terrorowi? Bardzo mi trudno zrozumieć, skąd bierze się na to społeczne przyzwolenie.

Redakcja Krknews próbowała się skontaktować z Fundacją Pro- prawo do życia. Niestety nie chciano skomentować tej sprawy.

Rozmawiała Justyna Słowikowska

Zobacz także