Czarny Wtorek: Biznes samochodowy czyli sprzedawca nasz pan

fot. dave_7 via Foter.com

Wciąż są gałęzie biznesu w którym to sprzedawca, a nie klient, jest mistrzem ceremonii. Od pewnego czasu poszukuje samochodu (niestety używanego) i mimo środków ostrożności, co chwila zapadam się w bagno.

W kupnie samochodu stawiam na ostrożność, kontroli nigdy dość. Na nowe auto, o oczekiwanych parametrach, mnie nie stać, więc raz na kilka lat staję się ekspertem rynku samochodów używanych. Wiem na przykład, że samochód, który mam ostatnio na oku posiada silnik w którym montowano za krótkie zabieraki (co takiego?!) w napędzie pompy oleju (hmm?), co grozi zatarciem motoru. Życie.

Stawiam na ostrożność, więc najchętniej kupiłbym samochód od dobrego znajomego, ale szukam też ofert w necie i zawczasu ograniczam liczbę aut – pułapek. Wyszukując zaznaczam „bezwypadkowy”, „krajowy”, „serwisowany w ASO”, zanim pojadę zobaczyć jakiś pojazd upewniam się, czy historia jest w pełni udokumentowana. Zanim pojadę – sprawdzę historię polis i dane wynikające z numeru VIN. A i tak bywa wesoło.

Wypatrzyłem pewne auto, niedaleko pod Krakowem. Jadę. Na miejscu okazuje się, że w książce serwisowej przez 7 lat dokonano jednego(!) wpisu. „Wie pan, jak to jest, nie zawsze podczas przeglądu chce im się wpisywać go do książki” – argumentuje Mirek z placu. Ładne auto, tak stoję, patrzę, oglądamy, waham się czy brać go do znajomych mechaników, by mu się przyjrzeli. „Rozrząd niedawno był robiony, ale tego też nie wpisali, bo u sąsiada robili” – słyszę od Mirka. Już się nie waham. Odjeżdżam.

„Krajowy, Serwis ASO” – stało w ogłoszeniu. 

Albo to. Znalazłem wymarzone auto, parametry idealne, ale daleko… Szczecin. Z drugiej strony myślę sobie – akurat jadę właśnie do Poznania, a stamtąd to już rzut beretem, może warto, skoro to właśnie to auto. Dzwonię.
– Dzień dobry, dzwonię w sprawie auta tego i tego.
[połączenie przerwane]
Czekam pół godziny, nie oddzwaniają, no nic, próbuję raz jeszcze.
– Dzień dobry, dzwonię w sprawie auta tego i tego.
– Słucham!
– Najpierw chciałem spytać, czy rozłączył się pan specjalnie czy przez przypadek?
– Przez przypadek. Słucham pana!
– To auto… Skąd ono jest?
– Co to znaczy?
– Kraj pochodzenia.
– Francja. Wczoraj przywiezione!
– Mhmmm… A dokumentacja?
– Jaka dokumentacja?!
Tym razem to ja się rozłączyłem. „Jak się panu nie chce rozmawiać, to ta rozmowa nie ma sensu” – powiedziałem mu na pożegnanie. Chociaż tyle.

Wiem, może to nie są jakieś niezwykłe historie – w internecie można znaleźć opisy dużo ciekawszych sytuacji (dlatego ja ograniczam ryzyko zanim wyjdę z domu). Wciąż zaskakuje mnie jednak, że ludzie w tej branży operują prawdą w tak frywolny sposób, a co dziwniejsze – mają klienta w tak głębokim poważaniu. Poza tym – tu nie chodzi o mnie, o moje perypetie, o moje żale. To tylko przykłady, a ta machina może wciągnąć w swe tryby każdego z nas.

Ale to wszystko to nic w porównaniu do tego, co spotkało mnie w Krakowie w komisie przy ul. Jasnogórskiej. To komis przy salonie Forda, więc myślę, o!, wreszcie oaza normalności i profesjonalizmu.

Nie powiem, początkowo wszystko był super. Pan był miły, zademonstrował samochód, zaproponował przejażdżkę, wszystko w normie, ale potem zaczęły się schody. Przy okazji postanowiłem przyjrzeć się jeszcze jednej furce, pan przyszedł z miernikiem warstwy lakieru. Dobrze wiedział, co w tym aucie było robione, bo wtedy sprytnie obracał miernik w ten sposób, bym nie dostrzegł wyświetlacza. Kątem oka zobaczyłem, że podczas pomiaru maski wynik był znacznie wyższy. Sprzedawca zaczął badać kolejne elementy, a o masce nawet by się nie zająknął, jeślibym nie spytał. „No tak, tu było robione” – musiał przyznać ze smutkiem.

Ku*wa! I co z tego, że było robione. Nie jestem idiotą i wiem, że to może oznaczać poważnego dzwona, ale też taką pierdołę jak grad albo stłuczkę parkingową. Ta informacja ma się nijak w stosunku do tego, że sprzedawca próbuje mnie oszukać.

No dobra, trudno – pomyślałem, tak już mają. Auto, po które przyjechałem do tego komisu, wyglądało OK i byłem poważnie zainteresowany, brakowało tylko jednej rzeczy. Faktur za dwa ostatnie przeglądy – nie było dowodu na to, że w ogóle zostały wykonane. Poprosiłem więc, by spróbowali odzyskać te faktury od poprzedniego właściciela (albo z warsztatu w którym te przeglądy zostały wykonane), zostawiłem maila, numer telefonu i wróciłem do domu.

Minęły dwa tygodnie i zero odzewu. Postanowiłem więc o sobie przypomnieć – zadzwoniłem, znów zostałem poproszony o numer telefonu. Minęło kilka dni i znów cisza. Zadzwoniłem raz jeszcze i po raz trzeci(!) zostałem poproszony o numer telefonu. Do dziś z niego nie skorzystali.

Nie wiem, nie chciało im się? Postanowili poczekać na kogoś, kto o te faktury nie zapyta? Faktury przepadły? W normalnym biznesie jednak by do mnie zadzwonili choćby po to, by nawinąć trochę makaronu na uszy, bym poczuł się doceniony, w sprzedaży takie pierdoły mają duże znaczenie. Biznes samochodowy jest jednak, jak widać, inny.

Pomyślałem sobie, co za małpy wredne, trudno rezygnuję z tego auta, na koniec wysłałem im maila, spokojnie napisałem, że po prostu mnie olali. Po cichu liczyłem, że ktoś to przeczyta, uzna, że dali dupy, a na drugi dzień auto, obwiązane czerwoną kokardą, stać będzie pod moim domem. Nikt nie odpisał, nikt nie oddzwonił. Auta też nie podstawili.

Załóżmy, że wciąż jednak chciałbym kupić to auto. Chyba musiałbym ich najpierw przeprosić, że tak ich potraktowałem, a potem spróbować znaleźć te faktury na własną rękę. I na koniec, koniecznie, pocałować sprzedawcę w rękę!

Ktoś powie, że lepiej pójść do salonu i kupić nowy samochód. Tak? Zerknąłem właśnie na forum Skody, a tam użytkownicy licytują się, kto jak długo musi czekać na odbiór zamówionego auta (Skody Kodiaq). Ktoś napisał, że musiał czekać tylko(!) 9 tygodni, inny pochwalił się, że dostał termin na… kwiecień 2018 roku. I tyle, żadnego komentarza. „Dobrze, że w ogóle coś dostanę!”.

Mateusz Miga

fot. dave_7 via Foter.com

Czarny Wtorek to cotygodniowy cykl, w którym autor próbuje mniej lub bardziej nieudolnie mierzyć się z rzeczywistością.

Czarny Wtorek: Nie wierzcie w nic, co przeczytacie. Śmierć za kilka lajków

Zobacz także