Tu nie wchodź. Tego nie dotykaj. Tam nie idź. Nie wchodź na schody. Spadniesz! Za wysoko. Za nisko. Za ciasno. Zaklinujesz się! Zamiast wychowywać dzieci sterujemy nimi ręcznie wychowując na idiotów.
Wiem, ostro, ale często mam takie wrażenie. Wystarczy pójść na plac zabaw, by usłyszeć ciągłą litanię zakazów i nakazów. Plac zabaw! Miejsce z natury bezpieczne (oczywiście, także tutaj można się potłuc) a jednak nawet tutaj lista ciągłych wskazówek przekazywanych przez rodziców zdaje się nigdy nie kończyć.
Pamiętacie, gdzie my się bawiliśmy? Hej, ludzie z lat 80. Ja dobrze pamiętam. Wola Duchacka, tuż obok wielki plac budowy nazywany dziś Kurdwanowem. Na każdym wolnym skrawku ziemi leżały płyty budowlane, jakieś rury, studzienki kanalizacyjne, tu i ówdzie wystawały pręty. I to był nasz plac zabaw. Nikt nie musiał nikomu mówić, że jak spadnie to zaboli, bo doświadczyliśmy tego na własnej skórze. Nikt nie musiał nikomu mówić, że niektórych rzeczy nie warto dotykać – wystarczyło zapoznać się z watą szklaną. A zabawy nożem? To dopiero była frajda, choć muszę przyznać, że ja akurat nie byłem w tym zbyt dobry.
Dziś ogromna większość rodziców trzyma dzieci pod niewidzialnym kloszem wychowując ich na idiotów, którzy nie widzą, skąd są, dokąd idą ani, co gorsza, jak w życiu sobie radzić. Są wykarmieni chemią (ciekawe, gdzie jest granica, która oznacza, że kawałek dalej tego czegoś nie można już nazwać jedzeniem), są chemią umyci i opatuleni, są zasypywani masą niepotrzebnych zabawek i niekończącą listą rad, porad, wskazówek i zakazów. Patrzą na świat przez przyciemnianą szybę klimatyzowanego samochodu stojącego w korku i tak naprawdę… nie mają o tym świecie bladego pojęcia.
Wychowanie dzieci nie jest prostą sprawą. „Jak wychowywać dzieci najlepiej wiedzą ci, którzy ich nie mają” – przyznał ktoś kiedyś. Ktoś inny (Korczak?) powiedział, że „Wychowujemy dzieci nie dla siebie, a dla świata”. Warto o tym pamiętać, nim zapełnimy świat hordą zidiociałych ludzi, którzy potrafią świetnie robić selfie, ale nie wiedzą o tym, ze jeśli wyjdą na ulicę wpatrzeni w ekran telefonu, najpewniej zginą.
Mateusz Miga



