Czy Kraków idzie szlakiem wytyczonym w USA? Najpierw grodzone osiedla, a teraz to…

Fot. Marcin Hyła

Krakowianie zdążyli już przywyknąć do grodzonych osiedli czy szlabanów stawianych przez wspólnoty mieszkaniowe. Jednak w tym przypadku prywatyzacja przestrzeni publicznej przybrała kuriozalną formę.

Chodzi o kawiarniany ogródek, który stanął na Rynku Głównym, vis a vis dawnych delikatesów na linii C-D. Jego najemca odgrodził wejście łańcuchem z napisem „Teren prywatny, wstęp wzbroniony”. Czy to kolejny krok w stronę absurdalnego grodzenia miasta?

Do kogo należy miasto?

Socjologowie biją na alarm. Przestrzenie publiczne stają się coraz mniej… publiczne. Ta smutna konstatacja ma swoje odniesienia także do Krakowa.

W ciągu ostatniej dekady dokonał się radykalny zwrot w pojmowaniu przestrzeni jako publicznej. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać grodzone osiedla, które swoimi płotami poprzecinały wydeptywane od lat przez „rodowitych” mieszkańców ścieżki, na osiedlowych ulicach zaczęły pojawiać się szlabany, blokujące dostęp wszystkim postronnym.

Krakowianie zachłysnęli się wizją życia w „privatopii”, chyba nie do końca świadomi, że sami zamykają się w gettach wykluczających przestrzeni. – W dużej mierze wynika to ze słabo ukształtowanych wzorów dotyczących kultury miejskiej, patrzenia na miasto jako na sumę prywatnych własności – wyjaśnia dr hab. Paweł Kubicki, socjolog z uniwersytetu Jagiellońskiego.

Absurd do kwadratu

Choć prywatyzacja przestrzeni publicznej nie poszła tak daleko, jak np. w USA, w miastach których niektóre parki oddawane są w zarząd prywatnym spółkom (tu koronnym przykładem podawanym przez socjologów miasta jest park Bryanta w Nowym Jorku), które eliminują z tych półprywatnych przestrzeni osoby niewpisujące się określony wzorzec (zwykle konsumpcji), to i tak mamy swoje za uszami.

– Galerie Handlowe to najbardziej radykalny przykład. Handel odbywał się zawsze w przestrzeniach publicznych, po których się spacerowało, nawiązywało relacje. Galerie handlowe otwarte są tylko z pozoru. W rzeczywistości są wykluczające, bo przecież nie wszyscy mogą tam wejść. Niektóre mają swoje własne patia, nawet z rynkami, ale te rynki czy pasaże są w pełni prywatne – wyjaśnia Kubicki. Tu za przykład można podać dziedzińce powstałej na terenach dawnej rzeźni miejskiej Galerii Kazimierz, z których ochrona notorycznie wyprasza rolkarzy czy bezdomnych.

Posunięcie restauratora, który zapewne nie miał na myśli nic złego – ot, najprawdopodobniej nie chciał, by w czasie ustawiania ogródka ktoś mu się szwendał – Kubicki nazywa absurdem do kwadratu. – Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. To narusza pewien porządek, którego byśmy oczekiwali – stwierdza krótko.

Głównym motywem prywatyzacji przestrzeni jest maksymalizacja zysków i niekoniecznie muszą być one przeliczane wprost na dodatkowe dochody. Często owym zyskiem jest przekonanie o pewnym wyjątkowym statusie grupy uprzywilejowanej, albo błędnie pojmowane poczucie bezpieczeństwa.

Marcin Hyła, rowerowy aktywista, który jako pierwszy zwrócił uwagę na zamknięty ogródek do sprawy podchodzi z dużą rezerwą. – Ja to traktuję jako dowcip sytuacyjny. To było tak absurdalne, że pomyślałem, że zrobię zdjęcie. Przypuszczam, że rozstawiali ogródek i nie chcieli, żeby im ludzie włazili, ale wyszło jak wyszło, wygląda to kuriozalnie – mówi.

Magistrat: sprawdzimy

Sytuacja z „zamkniętym” ogródkiem nie przypadła do gustu miejskim urzędnikom. – Na pewno Rynek jest przestrzenią publiczną, otwartą dla wszystkich. Ogródki to teren czasowo udostępniony, więc restaurator ma prawo gospodarowania na tym terenie zgodnie z umową. Są one odgrodzone, ale nie można mówić o terenie prywatnym, na który ktoś może nie mieć wstępu – tłumaczy Tomasz Bargiel, kierownik referatu handlu i usług wydziału spraw administracyjnych magistratu i podkreśla, że urząd podejmie działania w tej sprawie.

KRA

Zobacz także