Czy rady dzielnic powinny istnieć, skoro są z nimi same kłopoty?

fot. Pixabay

Wybory do rad dzielnic wiążą się tylko z kłopotami. Najpierw prawie nikt nie chciał kandydować, a na koniec prawie nikt nie poszedł zagłosować. Generalnie więc, upraszczając (a może nie?) wybory te okazały się stratą pieniędzy… Co dalej z krakowskimi dzielnicami?

Wybory do rad dzielnic miały fatalną frekwencję. Najwyższa była w Dzielnicy X Swoszowice, gdzie do urn poszło 18,38% uprawnionych do głosu krakowian. To właśnie tam były też najwyższe frekwencje w dwóch okręgach, które wyniosły nieco powyżej 30%. Najmniej ludzi zagłosowało w Dzielnicy XII Bieżanów – Prokocim, bo tylko 9,39%. Najniższa frekwencja była w okręgu 20. Dzielnicy XIV Czyżyny – 2,68%.

Kto będzie rządził w dzielnicach? Mamy wyniki wyborów!

Wiele osób wskazuje, że przyczyną niskiej frekwencji jest oddzielenie terminów wyborów do rad dzielnic od rady miasta. – Mobilizuje to tylko najbardziej zainteresowanych, a powinno całą społeczność. Na pewno jednym z elementów reformy powinno być połączenie tego terminu z wyborami do rady miasta. Da się to technicznie zrobić – twierdzi dr Michał Dulak, politolog.

Już podczas kampanii dzielnice miały wiele kłopotów. W wielu okręgach nie chciał się zgłosić żaden kandydat, a w niektórych zgłosiła się tylko jedna osoba, która automatycznie stała się radnym. Wielu kandydatów nie zrobiło dosłownie nic podczas kampanii, czego skutkiem jest nieotrzymanie… ani jednego głosu. Nie wierzycie? To sprawdźcie tutaj:

Absurd podczas głosowania do rad dzielnic! Ktoś ma specyficzne poczucie humoru

– Dodatkowym problemem jest to, że w wyborach do rad dzielnic startują osoby, które dostały się do rady miasta. Dublują swoją obecność w dwóch różnych radach, co nie służy dobremu zarządzaniu. Należy zastanowić się nad reformą dzielnic po to, żeby oddać je mieszkańcom i lokalnym społecznościom, by w ten sposób nawiązać współpracę z radnymi miasta, urzędem i prezydentem – komentuje nasz ekspert z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Brak radnych, brak wyborców

Niska frekwencja i brak kandydatów stawiają pytanie czy rady dzielnic są potrzebne miastu. Krakowianie w tych wyborach dowiedli, że nie interesowali się tą kampanią ani losem swoich dzielnic. Wielu krakowian po prostu nie wie jaką rolę pełnią radni dzielnicowi i kiedy odbywają się wybory. 

– Ludzie nie mają dobrej wiedzy o samorządach. Zapominają, że rady dzielnic to jedynie organ doradczy. Ich budżety to 2 – 3 miliony złotych. Często mieszkańcy kierują żądania, by radni z dzielnicy wybudowali im drogi czy mosty, bo sądzą, że mają na to pieniądze. Tymczasem dużymi inwestycjami zajmuje się rada miasta i jednostki miejskie. Rada dzielnicy jedynie zbiera głosy i opinie, a następnie przekazuje je tam właśnie, gdzie zapadają kluczowe dla miasta finansowe decyzję – komentuje Waldemar Domański, były radny Dzielnicy X Swoszowice.

Rady dzielnicy w innym kształcie?

Wiele osób uważa, że rady dzielnicy powinny nadal istnieć tylko w innym kształcie. Dzięki temu krakowianie chętniej wybierali by kandydatów, zaczęli interesować się losem własnej dzielnicy oraz mieliby poczucie realnego wpływania na swoje otoczenie.

– Dzielnice są potrzebne jako jednostki pomocnicze, ale prawdopodobnie w innym kształcie niż dotychczas. Lokalni aktywiści i stowarzyszenia też powinny wpływać na decyzję rady dzielnicy. Problemem jest organizacja jednostek pomocniczych w Krakowie. Frekwencja na pewno nie dostarcza argumentów, że ten model jest dobry – uważa dr Dulak.

– Rady dzielnic są potrzebne, ale w trochę innym kształcie. Na podstawie komentarzy, które widzę na Facebooku, można przypuszczać, że ludzie nie poszli do wyborów, bo uznali, że są to sprawy związane z wyborami wewnątrzpartyjnymi. W ich opinii przesunięcie wyborów do rad dzielnic na taki termin miało na celu to, by frekwencja nie była za wysoka, bo miejsca w radach dzielnic byłyby zajmowane przez zwykłych ludzi. Brak udziału osób bezpartyjnych czy liderów samorządowych nie powodowało konkurencji, a tymczasem miejsca w radach dzielnic powinny być przeznaczone głównie dla reprezentantów „komitetów wodociągowych”, walczących o chodnik czy innych osób, które starają się pomóc sobie i swoim sąsiadom. Rady dzielnic powinny być lokalne i przywiązane do ludzi reprezentujących dany teren w sposób obywatelski – mówi nam Domański.

– Dzielnice powinno się wzmacniać jako jednostki pomocnicze względem kompetencji i finansów. Będzie to służyć ich rozwojowi. Bardziej autonomiczne i decyzyjne społeczności lokalne nie powodują, że system jest hierarchiczne i decyzję płyną z góry na dół. Dzięki temu ważne problemy byłyby rozwiązywane bardziej partnersko – dodaje Dulak.

Mniej dzielnic, mniej problemów

Łukasz Wantuch, radny miasta ,znalazł ciekawe rozwiązanie problemu rad dzielnic. Według niego wybory powinny odbyć się dopiero w maju, byłby to odpowiedni czas na kampanię, która zwróciłaby uwagę mieszkańców. Oprócz tego, radny chciałby zmniejszyć liczbę dzielnic, by zwiększyć frekwencję i zainteresowanie krakowian wyborami.

– Okręgi jednomandatowe się nie sprawdzają i są niesprawiedliwe. Jestem zwolennikiem małych okręgów wyborczych. Teraz mamy okręgi, gdzie radnym została osoba, która otrzymała 16 czy 17 głosów. Czy to ma sens? Radnych dzielnicowych jest za dużo, bo aż 378. Ustawa nakazuje 21 radnych w radzie dzielnicy. Powinniśmy zmniejszyć liczbę dzielnic do siedmiu, czyli tylu, ile jest okręgów do rady miasta. W ten sposób zmniejszymy liczbę radnych do 147 – mówi nam Wantuch.

Just.

Zobacz także