Dyrektor szpitala JP2: „Nie jestem słodką Anią”. O molestowaniu, mobbingu i strachu [wywiad]

– Przyznam się panu do czegoś. Czasem zaklnę. Powiem: ku*wa. Ja się w ten sposób rozładowuję. Gdyby mnie za to odwołali to bym zrozumiała. A tak… Pan do mnie przychodzi, ja się do pana uśmiecham i to jest molestowanie? – mówi w wywiadzie dla KRKnews Anna Prokop-Staszecka.

W rozmowie z Łukaszem Mordarskim, dyrektor Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II, odpowiada na serię zarzutów z anonimowego donosu, który trafił do władz województwa małopolskiego.

– Moja wnuczka ma 9 miesięcy. I gdyby znalazła u mnie pineskę i ją połknęła, to pewnie bym sobie tego nie darowała. Tego się boję, a nie odwołania. Ja się boję ciężkiej choroby lub tego, że nie mogę komuś pomóc – mówi nasza rozmówczyni.

Łukasz Mordarski: Pani dyrektor, kiedy ostatni raz była pani u fryzjera?

Anna Prokop-Staszecka: W grudniu, w Galerii Bronowice. I jestem bardzo zadowolona. Dodam jeszcze, że byłam tam wieczorem.

A u kosmetyczki?

O Boże, nie potrafię powiedzieć.

Pytam dlatego, że – cytuję – „w godzinach pracy dyrektor chodzi do fryzjera, kosmetyczki i spotyka się z koleżankami na Rynku”. Cytat ten pochodzi z donosu, który wpłynął do władz województwa.

Nie znam treści „donosu”, nie zapoznano mnie z nim, ale z koleżankami to ostatnio rozmawiam telefonicznie. Nawet po zacytowanej przez pana informacji napisały do mnie SMS-a, że nie wiedziały, że umawiam się z innymi koleżankami, bo dla nich nie mam czasu. U kosmetyczki byłam na masażu – chyba miesiąc temu, po południu. Średnio chodzę do kosmetyczki raz w roku.

W godzinach pracy?

Co to, to nie! Poza tym, wie pan… W sumie można tak powiedzieć, bo ja nie mam normowanego czasu pracy, a ten szpital to obecnie całe moje życie. Pracuję od rana do nocy i w weekendy. Niektórzy są z tego powodu bardzo nieszczęśliwi, bo potrafię przyjechać tutaj wieczorem, wpadam na oddziały, doglądam, sprawdzam i napominam, a to ochronę, a to służby sprzątające, innym razem administrację, czy pielęgniarki oddziałowe – wrogów mam pewnie wielu (uśmiech).

A ja widzę, że są nieszczęśliwi z innych powodów – choćby dlatego, że jest pani na te spotkania z koleżankami wożona przez kierowcę.

Wszystko można powiedzieć. To jest paskudne. Z jednej strony ludzie zarzucają mi pracoholizm, że nie potrafię wypoczywać i przyjeżdżam tu nawet w czasie urlopu. Z drugiej strony na szczęście nikt nigdy nie zarzucił mi, że brałam łapówki. Jestem z tego znana od początku mojej kadencji, że żywym ogniem wypalałabym każdy przypadek korupcji, a samo podejrzenie w tym zakresie byłoby dla mnie powodem do drobiazgowego dochodzenia i wyrzucenia z pracy.

Wprowadziłam do szpitala regulacje obniżające istotnie niekonieczne wydatki. Nie posiadam karty kredytowej szpitalnej, nie korzystam ze specjalnego funduszu reprezentacyjnego, nie uczestniczę ani pośrednio, ani bezpośrednio w żadnych komisjach przetargowych. Takiej osoby łatwo „dopaść się” nie da, ale – jak się okazuje – łatwo można o niej powiedzieć, że mobbinguje …

Anna Prokop-Staszecka

Czyli kierowca nie przywozi pani ciastek z konkretnej cukierni, o czym także czytamy w donosie?

Nie przywozi. Może zdarzyło się, że przywiózł ciastka na imieniny dla moich gości i nic więcej nie mam w tym względzie sobie do zarzucenia. Poza tym pan kierowca ze Szpitala jest zatrudniony w dziale gospodarczym i czasem zrobił też zakupy dla wszystkich. Co w tym dziwnego? Ja też gdy wyskakuje, to pytam dziewczyn, co mam im kupić na śniadanie. To normalne i naturalne zachowania.

Kiedyś zamawiałam „dietę pudełkową” i przywozili mi jedzenie do szpitala. Zarzuty tego typu są śmieszne, szczególnie w kontekście odpowiedzialności, jaka ciąży na dyrektorze placówki medycznej.

Z pisma wynika, że 50 osób jest przez panią dręczonych.

Nie znam tego „pisma”, więc nie wiem, co mam panu odpowiedzieć na takie dictum. Chciałbym poznać te nazwiska. Od czasu do czasu jest na mnie nagonka, zwykle dlatego, że nie toleruję pracy w szpitalu „na pół gwizdka”. W tamtym roku rada naukowa [38 profesorów i docentów oraz kierownicy oddziałów – dop autor] jednogłośnie mnie poparła i to w tajnym głosowaniu. Dali mi legitymację do tego, że mam nie wątpić.

Skąd ta nagonka?

Pewnie narobiłam sobie wrogów tym napominaniem. Zawzięłam się, żeby być w miarę dobrym dyrektorem. Kieruję szpitalem, w którym jest 19 oddziałów, pracuje w nich dwa tysiące ludzi. Mamy 133 tysiące przyjęć ambulatoryjnych i ponad 31 tysięcy hospitalizacji. Nie jestem podejrzewana o to, że kogoś – przepraszam – zabiłam. Opinię wśród lekarzy i pacjentów mam dobrą.

Gdy zostałam dyrektorem, rozmawiałam z Jego Eminencją Kardynałem Stanisławem Dziwiszem i powiedziałam, że się postaram, żeby ten szpital był pomnikiem Jana Pawła II. Chciałam, aby tak samo potraktowany był tu bezdomny, jak i ważny bogacz. Przed tą aferą, w ubiegłym roku, był tu jeden z posłów, który wcześniej za mną nie przepadał. Przyszedł do mnie i powiedział: „zrobiła pani kawał dobrej roboty”. Wtedy powinnam chyba odejść.

Niech pan zobaczy co za paradoks – nikt nie mówi o mnie źle w kontekście chorych, ani też nawet związkowcy szpitala nie zarzucali mi nigdy, że „mobbinguję pracowników” – a przecież oni wiedzą najwięcej w tym zakresie i są naprawdę mocni w tym szpitalu.

Kiedyś też do mnie wydzwaniali różni ludzie z prośbą o interwencję w sprawie chorych ze swoich rodzin, a teraz się nauczyli, że nie muszą tego robić, bo ja im mówię: „to jest dobry szpital, tu nie trzeba znajomości”. Proszę przyjść, jeśli tylko trzeba pomóc i możemy pomóc, to pomożemy”.

Słyszał pan, żeby tu była jakaś afera przez te 8 lat ? Żebyśmy kogoś nie przyjęli? Odesłali spod izby przyjęć? Wyrzucili?

Wyrzuca pani pracowników. Znowu cytaty: „odeszła ze względu na szykany”, „kazała mu złożyć wypowiedzenie”, „została zdegradowana”.

Nie znam pisma, o którym pan mówi. Proszę mi je ujawnić. Mnie uczono odwagi i mam odwagę powiedzieć, co mi się nie podoba. Mam 66 lat, jestem lekarzem. Cały czas jestem w tym zawodzie. I odkąd objęłam stanowisko dyrektora, to przyznaję, że zwolniłam dwie osoby, a odpowiedzialność za to spada na mnie. Dotyczyło to byłego dyrektora [zwolnienie z funkcji szefa oddziału – dop. autor] i jego zastępczyni. Ten pierwszy mi ubliżał i – nazwijmy to delikatnie – nie rozwijał swojego macierzystego oddziału.

Przez osiem lat, na prawie dwa tysiące pracowników, szpital miał w sądach pracy trzy lub cztery przypadki (sprawy) i bodaj we wszystkich przyznano szpitalowi rację. Czy to nie jest kolejny argument?

Przez osiem lat nie miałam też interwencji szpitalnych związków zawodowych w sprawie szykanowania pracowników. Czy to też nie jest argument? Teraz, snując różne teorie, myślę że osoby, które napisały na mnie donosy, są przez kogoś sterowane.

Przez kogo?

Gdybym wymieniła nazwiska, to znowu miałabym przechlapane… (po chwili) Na szczęście ostatnio był Wielki Tydzień i jakoś opanowałam te złe emocje, które we mnie buzowały.

Anna Prokop-Staszecka

Myśli pani o rezygnacji?

W tej chwili nie.

To byłoby przyznanie się do winy?

Nawet ci, którzy się ze mną nie zgadzają w ogólnych kierunkach, mówią, że robię kawał dobrej roboty dla szpitala. Ja jestem „czynna” 24 godziny na dobę. Od ośmiu lat jestem pod telefonem. Niech pan zobaczy ile mam nieodebranych połączeń, odkąd zaczęliśmy rozmawiać. I zaraz będę oddzwaniać. Ale z drugiej strony na pewno też nie jestem słodką Anią, bo gdybym nią była, to ani pan, ani żaden pacjent nie czułby się bezpiecznie w tym szpitalu.

Wspomniała pani o tych, którzy pani nie lubią. Obecnie w szpitalu są dwie kontrole z urzędu marszałkowskiego. Może są spowodowane pani konfliktem z wicemarszałkiem Wojciechem Kozakiem?

Pan marszałek Wojciech Kozak zapewniał mnie, że tak nie jest. On jest moim zwierzchnikiem i szanuję jego decyzje. Nie obawiam się o wynik kontroli.

Ale nie ma chemii między wami. I o molestowaniu też raczej nie ma co mówić.

(uśmiech) O, to na pewno nie! Natomiast wie pan… staram się pracować zgodnie z polecaniami panów marszałków.

I wicemarszałek Kozak jest zadowolony?

Niech pan zapyta pana marszałka. Ja natomiast powiem, że jest niezwykle inteligentny.

Nie ma pani sobie nic do zarzucenia?

Przyznam się panu do czegoś. Czasem zaklnę. Powiem: ku*wa. Ja się w ten sposób rozładowuję. Kiedyś wrzucałam do skarbonki pięć złotych za każde brzydkie słowo. Natomiast daję panu słowo, że tak szybko jak się denerwuje, tak szybko później przepraszam.

Czyli jest pani furiatką?

Raczej kobietą emocjonalną. Czasem szybciej mówię niż myślę. Zdaję sobie jednak sprawę z moich wad, nigdy nie chcę zrobić nikomu krzywdy. A wie pan dlaczego? Bo cholernie się boję, że jak kogoś skrzywdzę, to ta krzywda do mnie wróci.

Nie boi się pani odwołania?

Moja wnuczka ma 9 miesięcy. I gdyby znalazła u mnie pineskę i ją połknęła, to pewnie bym sobie tego nie darowała. Tego się boję, a nie odwołania. Ja się boję ciężkiej choroby lub tego, że nie mogę komuś pomóc. A odwołanie mnie to sprawa władz województwa małopolskiego.

Nie będzie pani przykro?

Będzie. Gdyby mnie odwołali za to, że czasem powiem słowo na k, to bym zrozumiała, bo zrobiłam coś złego. A tak… Pan do mnie przychodzi, ja się do pana uśmiecham i to jest molestowanie?

Troszkę podchodzi.

Może przez to, że się nie boję odwołania, mam tak wielu wrogów?

Rozmawiał Łukasz Mordarski

Dr n. med. Anna Prokop-Staszecka internistka, mikrobiolog, serolog, pulmonolog. Wieloletni wykładowca akademicki Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, (dawniej Akademia Medyczna im. Mikołaja Kopernika w Krakowie) autorka kilkunastu prac z zakresu medycyny, opublikowanych w specjalistycznych czasopismach polskich i zagranicznych. Od 9 lutego 2010 Dyrektor Naczelny Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II w Krakowie. Radna Miasta Krakowa.

Zobacz także:

„Będzie jak z ustawą Szyszki. Deweloper będzie robić, co mu się podoba”

 

Zobacz także