„Kler” – oto tajemnica wiary. Jak PiS ustawia Kościół do pionu

Nagle w ten epicki obraz polskiego proboszczowskiego Kościoła wbija się film „Kler”. Jak zemsta Donalda Tuska zza grobu. Film niebezpieczny dla PiS-u. Niebezpieczny, bo pokazujący o co w tym wszystkim chodzi w Kościele powszechnym – pisze nasz publicysta Kazimierz Krakowski.

Dziś najbardziej wyczekiwana premiera tej jesieni. Już wieczorem widzowie zobaczą (lub w niektórych miastach nie zobaczą) nowy film Wojciecha Smarzowskiego „Kler”.

Film, który może mieć – o dziwo – duży wpływ na najbliższe wybory samorządowe. Bo znów postawi Polaków po dwóch stronach społecznej barykady.

Podlizywanie się władzy duchownej

Rozdział państwa od Kościoła od czasu transformacji ustrojowej rozgrzewa Polaków do czerwoności. Niby jest, ale tak naprawdę go nie ma. Nie da się ukryć, że wszystkie rządy od 1989 roku nie wstawały z kolan przed biskupami. Robiąc wszystko, co Kościół każe.

Od SLD przez AWS, pierwszy PiS i Platformę Obywatelską. A Kościół to skrzętnie wykorzystywał, rosnąc w siłę. Jako instytucja najbardziej skorzystał na szeroko pojętej „reprywatyzacji”, przejmując wręcz niewyobrażalny majątek w skutek działań komisji majątkowej. Rządzący na szczeblu krajowym, a jeszcze bardziej samorządowym, prześcigali się wręcz w wymyślaniu różnego rodzaju dotacji, konkursów, programów, stypendiów, żeby jak najbardziej podlizać się władzy duchowej.

Wprowadzono religię do szkół która w konsekwencji przyniesie w przyszłości Kościołowi więcej szkody niż pożytku, bo sprowadziła ją do poziomu jednego z przedmiotów, odrywając dzieci od wiary. Kościół jest jednym z największych beneficjentów finansowych wejścia Polski do struktur Unii Europejskiej. I tak jeszcze można długo wyliczać fundacje, stowarzyszenia, szkoły i inne finasowo-duchowe przedsięwzięcia, zwolnienia z podatków, możliwość obrotu ziemią i tak dalej.

Podział Kościoła wg Kaczyńskiego

Najbardziej na flircie z kościołem straciła Platforma Obywatelska. Prowadziła wobec tej instytucji politykę ciepłej wody i spełniania „próśb” bez zastanowienia, wierząc w moc części kościelnych hierarchów.  A Kościół powszechny nie lubi słabych, lubi silnych i z nimi się liczy, widząc świat inaczej niż kościelni notable.

Zaważył to Jarosław Kaczyński i świetnie wykorzystał do celów politycznych. W pierwszej fazie tworząc w Polsce dwa kościoły. Pierwszy – „łagiewnicki” – kościół dla elit, intelektualny, otwarty na nowe idee, postępowy, ale mały, mocno ograniczony. I drugi kościół – „toruński” powszechny, masowy, bliski parafiom i proboszczom, skupiający zwykłych ludzi w rożnego rodzaju formach zrzeszania.

I ten drugi model Kościoła powszechnego dał partii Jarosława Kaczyńskiego zwycięstwo w wyborach prezydenckich, kiedy to proboszczowie gremialnie poparli Andrzej Dudę, agitując otwarcie za jego kandydaturą w kościołach, wieszając plakaty, rozdając ulotki. Kościół nigdy nie zaangażował się tak mocno w dyskurs polityczny jak w tych wyborach. Oczywiście episkopat w pewnym momencie zobaczył i zdał sobie sprawę z zagrożenia, ale już było za późno, bo polski Kościół powszechny powszechnie poparł PiS. Jednocześnie topiąc „łagiewnickie” idea w bycie niepamięci.

Bezwzględne skrócenie smyczy

Kolejne wybory parlamentarne tylko przypieczętowały przejęcie kościoła przez Prawo i Sprawiedliwość. I to już biskupi klęczeli przed liderem PiS-u i stojącą za nim rzeszą proboszczów. I tak nieopatrznie z niewinnego flirtu z mocną władzą role się odwróciły.

Dziś Episkopat Polski ma już tak naprawdę marginalne znaczenie, symboliczne, nie jest w stanie zapanować nad swoimi wiernymi. Dziś rządzą proboszczowie, a episkopat wpasowuje się tylko w proboszczowskie trendy, raczej cicho, żeby nie drażnić zbuntowanej masy.

Oczywiście PiS pamięta o książętach kościoła, chodząc tłumnie na różnego rodzaju uroczystości religijne, pląsając i klaszcząc. Zapraszając księży na różne oficjalne spotkania – na przykład „namiotowe” Zgromadzenie Narodowe, gdzie biskupów było znacznie więcej niż parlamentarzystów. Daje władzy kościelnej poczucie komfortu i bezpieczeństwa, ale umiejąc też bardzo szybko, bezwzględnie i skutecznie skrócić smycz. A utraty apanaży i mocnej władzy hierarchia boi się najbardziej, więc jest spolegliwa.

Samochody, wakacje, kobiety, nałogi…

I nagle w ten epicki obraz polskiego proboszczowskiego Kościoła wbija się film „Kler”. Jak zemsta Donalda Tuska zza grobu. Sfinansowany  przez „poprzednią władze”, a tak naprawdę przez Polski Instytut Sztuki Filmowej na czele którego stała pochodząca z Krakowa, była wiceprezydent miasta Magdalena Sroka.

Film niebezpieczny dla PiS-u. Niebezpieczny, bo pokazujący o co w tym wszystkim chodzi w Kościele powszechnym. Nie w tym „dużym kościele”, bo nie wyobrażam sobie, żeby jakiś biskup święcił – za przeproszeniem – „sracze” za 25 ty złotych (bo za tą cenne to jest niemożliwe). Film pokazujący polskie parafie, polskich proboszczów. Ich problemy i normalnie życie. Samochody, wakacje, kobiety, dzieci, nałogi, po prostu ludzkie sprawy. A ludzkie sprawy są najtrudniejsze, bo zdejmują ze „świętego człowieka” emanację Boga, pokazując go zwykłym, ułomnym i grzesznym.

„Wy popieracie nas, a my bronimy was”

Dlatego na wsiach i w małych miasteczkach ten film jest dla PiS-u groźny, bo groźny jest dla jego sojuszników – proboszczów. Bo otwiera pole do dyskusji o nich samych.

Stąd tak mocne zaangażowanie lokalnych i centralnych działaczy Prawa i Sprawiedliwości w negowanie tej produkcji, śmieszne w dzisiejszych czasach próby zakazywania jej publikowania.

Ale te gesty maja swój inny wymiar. Pokazują proboszczom prosty mechanizm – wy popieracie nas, a my bronimy was. Taka jest zależność współistnienia i dzielenia tego toru.

I cóż dziś mają zrobić ci biedni ludzie? Niewiele. Tylko poprzeć PiS w wyborach samorządowych.

Kazimierz Krakowski

fot. kwejk.pl

Zobacz także:

Afera w seminarium! Pornografia z udziałem dzieci i zwierząt

Najnowsze

Co w Krakowie