Koniec dyktatu większości. Lekcje religii na pierwszej albo ostatniej lekcji?

fot. Pixabay

Rada miasta przyjęła uchwałę zobowiązującą prezydenta do podjęcia działań mających doprowadzić do organizowania lekcji religii na pierwszej lub ostatniej lekcji. Temperatura dyskusji na ten temat była wyjątkowo gorąca.

Projekt uchwały przygotowała Alicja Szczepańska, radna Krakowa dla Mieszkańców. W uzasadnieniu radni tego klubu podkreślali, że umiejscowienie lekcji religii w środku planu zajęć zdradza światopogląd dzieci i młodzieży, które często muszą odpowiadać na krępujące pytania dotyczące ich wyznania. Co więcej, dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi – np. ze spektrum autyzmu – dołączane są w czasie religii do innych grup, co bywa dla nich „ogromnym problemem”.

Konstytucja!

Radni odwoływali się w uzasadnieniu bezpośrednio do Konstytucji, której art. 53 mówi w par. 4, że „religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób”, a także w par. 7, iż nie można nikogo zmuszać do ujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych czy wyznania.

Przepychanki

Podczas środowej dyskusji radni nie szczędzili sobie wzajemnych uszczypliwości. Edward Porębski z Prawa i Sprawiedliwości stwierdził, że propozycja radnych Krakowa dla Mieszkańców, to „wchodzenie z butami w miejsce, w które radni nie powinni wchodzić”, zaś Włodzimierz Pietrus, jego klubowy kolega mówił, że uchwała nie ma sensu, bo religii nie można zaliczyć do zajęć nadobowiązkowych.

Odmienne zdanie zgłosił Michał Starobrat z Koalicji Obywatelskiej, przypominając, że zgodnie z ustawą o systemie oświaty lekcje religii i etyki są zajęciami prowadzonymi na wyraźne życzenie rodziców czy pełnoletnich uczniów, z udziału w nich można zrezygnować w dowolnym momencie, trudno więc nazywać obowiązkowymi, tak więc planowanie tychże lekcji w środku dnia całkowicie nieuzasadnione. Trudno nie przyznać racji, skoro całkiem wprost mówi o tym cytowany wyżej fragment Konstytucji.

Michał Drewnicki z PiS przekonywał, z kolei, że projekt uchwały to próba narzucenia większości woli mniejszości. – Niezależnie czy macie formalne umocowanie chcecie narzucać większości swoje racje, czy dana społeczność szkolna będzie swój plan ustalać według waszego widzimisię. Wy chcecie narzucić. To rzecz niesłychana, bo to uderza w wolność wyboru rodziców i uczniów, którzy chcą chodzić na religię, a 80 proc. dzieci uczęszcza na religię, to narzucanie ideologi, niech się państwo opamiętają – grzmiał z mównicy.

W kontrze do Drewnickiego wystąpił Wojciech Krzysztonek z KO, wytykając mu arogancję i brak wrażliwości na potrzeby grup mających mniejszą reprezentację. Przypominał, że demokrację należy rozumieć jako rządy większości uwzględniające prawa mniejszości.

Liczenie owiec i wymiar propagandowy

Kościół nie ukrywa, że zależy mu na organizowaniu religii pomiędzy matematyką, a biologią. Dzięki temu frekwencja na zajęciach jest dużo wyższa, przez co i przekaz propagandowy jaśniejszy. Hierarchowie mogą domagać się więc utrzymania status quo – religii w klasach, a nie w salach katechetycznych, wolnych dni za rekolekcje, „wizyt duszpasterskich” itp. –  bo przecież aż 80 proc. dzieci na katechezę uczęszcza.

A i szkoły do pomysłu nie palą się zanadto. Wszystko za sprawą „reformy” edukacji przeprowadzonej przez minister Annę Zalewską, za której sprawą zlikwidowane zostały gimnazja, a w wielu, zwłaszcza mniejszych szkołach zapanował taki ścisk, że uczniowie mają zajęcia na stołówkach czy korytarzach. Co więcej placówki musiałyby zatrudnić dodatkowych katechetów, których raz – brakuje, a dwa – musiałby za nich zapłacić samorząd, bo Kościół ciężar organizowania lekcji religii zrzucił na państwo.

Ostatecznie rada miasta, głosami Koalicji Obywatelskiej, Krakowa dla Mieszkańców i Łukasza Wantucha z Przyjaznego Krakowa przyjęła uchwałę. Teraz krok należy do prezydenta, który mimo swojej lewicowej proweniencji ma dobre relacje z hierarchią.

Zobacz także