Koronawirus. Czy już mamy szczyt epidemii?

Na dziś prognozowany był szczyt epidemii koronawirusa w Polsce. Czy rzeczywiście zacznie się wyhamowanie wzrostu nowych zakażeń? Oby, choć trudno znaleźć powody do optymizmu.

Przypomnijmy dane o nowych zakażeniach z ostatnich dni. Wczoraj (24 kwietnia) – 381, przedwczoraj (23 kwietnia) – 342, a jeszcze dzień wcześniej – 313. Trudno to uznać za hamowanie wzrostu i osiągnięcie szczytu epidemii koronawirusa.

Dane z poślizgiem

Oczywiście daleko jest do lawinowego wzrostu i rekordu z 19 kwietnia, kiedy potwierdzono aż 545 nowych zakażeń. Ale ten przypadek należy traktować jako wyjątek. Oby… Choć jedna z amerykańskich prognoz mówiła, że w Polsce będzie przybywać po 500 nowych chorych dziennie. Rzeczywiście w ostatnim czasie każdego dnia do statystyk doliczanych jest średnio 300-400 chorych.

Warto też pamiętać, że często wyniki badań podawane są po kilku dniach od pobrania próbek. Informacja o skali epidemii trafia więc do nas z poślizgiem. Jeśli za kilka dni nie będzie kolejnych wzrostów (ale nie z powodu mniejszej liczby wykonanych testów), to rzeczywiście będzie można mówić, że przechodzimy szczyt epidemii. Ale to wcale nie oznacza, że będziemy zbliżać się do jej końca.

Mniej zakażeń, więcej zgonów

Zupełnie inaczej trzeba traktować podawaną liczbę zgonów z powodu COVID-19. Wczoraj padł tragiczny rekord – 40 ofiar śmiertelnych w ciągu jednego dnia. I nawet jeśli liczba nowych zakażeń przestanie szybko piąć się w górę, to zgonów może być coraz więcej.

Większość zmarłych to osoby w podeszłym wieku. A ponieważ ostatnio głośno było o zakażeniach w kilku domach pomocy społecznej, kolejne zgony nie powinny dziwić. Ale z powodu koronawirusa umierają też młodsi. Wczoraj poinformowano o śmierci 18-latka z Kędzierzyna-Koźla. To jak do tej pory najmłodsza ofiara epidemii w Polsce.

Możemy mieć więc taką sytuację, że nowych zakażeń będzie coraz mniej, ale umierać będzie więcej osób. Najbardziej pesymistyczna prognoza rozwoju epidemii w Polsce mówi o 70 zgonach każdej doby! I to już w najbliższym czasie. A w sumie – według tej prognozy – liczba ofiar śmiertelnych może dojść nawet do 2,5 tysiąca.

A rząd jest ostrożny

O tym, że jednak sytuacja nadal nie jest przewidywalna, świadczy ostrożne podejście rządu do zmniejszania ograniczeń. Jeszcze kilka tygodni temu premier Mateusz Morawiecki z optymizmem zapowiadał sukcesywne odmrażanie gospodarki po Świętach Wielkanocnych. Szybko okazało się, że zdecydowano się jedynie na otwarcie lasów. Ale nie po to by na nich zarabiać, tylko by w nich można było odetchnąć pełną piersią.

O tym, co będzie dalej rząd poinformuje dopiero w przyszłym tygodniu. A to oznacza, że jakiegoś kolejnego kroku w kierunku zmniejszania zakazów można się spodziewać dopiero po długim majowym weekendzie.

Nagłej likwidacji wielu ograniczeń nie należy się spodziewać. Już wiadomo, że uczniowie nie wrócą do szkół przed 24 maja, może posiedzą w domach nawet do końca roku szkolnego. Widać więc wyraźnie, że nadal nie udało się zapanować nad epidemią. I są obawy, że sytuacja może całkowicie wymknąć się spod kontroli. A minister zdrowia stwierdził dzisiaj, że szczytu epidemii możemy spodziewać się… jesienią.

Optymizm każe wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że narodowa kwarantanna i maseczki zapobiegną najgorszemu. Sceptycyzm radzi, by ostrożnie traktować optymizm rządu i by bardziej słuchać epidemiologów. A realizm nakazuje czekać. Bo dzięki temu czekaniu daleko nam do Włoch, Hiszpanii czy Francji, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych. Wreszcie możemy się cieszyć z tego, że daleko nam do tych państw.

Grzegorz Skowron

Koronawirus w Krakowie. Test na koronawirusa bez wychodzenia z auta. Mobilny punkt przy Tauron Arenie

Najnowsze

Co w Krakowie