Kraków poszedł w deszczu

Czarny Protest, fot. mm

I poszli! Przez Kraków przemaszerował Czarny Marsz. Ludzie poszli, aby wyrazić swoje niezadowolenie z proponowanych zmian w ustawie antyaborcyjnej. A my, no wiecie, poszliśmy obok nich, by z przymrużeniem oka przyjrzeć się temu zjawisku.

Bez napinania, bez nacisków, bez politycznej agitki z naszej strony.

A więc ruszamy i oczywiście pierwsza myśl. Ile tych ludzi? Dużo. No, ale wiecie, na urodzinach u cioci Jadzi też było dużo ludzi, dużo to względne. Ale fakt, że szli i szli, a przecież pogoda paskudna była, gdyby trochę lepsza była, ludzi też – byłoby więcej. Ale ci co przyszli ubezpieczyli się w parasole i to też nieźle wyglądało – ruchomy las rozwartych parasoli.

Jeśli chodzi o liczbę protestujących, nic więcej nie odważę się napisać. W Polsce liczenie uczestników marszu to poważna gałąź, pewnie (o ile jeszcze go nie ma) wkrótce powstanie na uczelniach (chyba technicznych) specjalny kierunek, którego absolwenci będą potrafili w try miga rozstrzygnąć tę kwestię.

Kraków czyli wielki parking

Idziemy z protestującymi. Docieramy do Jubilatu i już wiadomo, że kto tego popołudnia wyjechał samochodem na krakowskie ulice miał pecha (a ostrzegaliśmy! Protest, początek roku akademickiego, poniedziałek, paskudna pogoda – toż to jakaś poczwórna kumulacja). Okoliczne ulice zamieniły się w parkingi. Pogaszone silniki, zaparowane szyby, nie jeden, nie dwóch kierowców, postanowiło uciąć sobie drzemkę.

Zimno było, mokro, więc postanowiłem rozgrzać nieco żołądek w pobliskiej Cafe Szafe. Barmanek nie ma, poszły się przeziębić na marszu. Zostali tylko faceci, zgadnijcie o czym dyskutują.

– Najgorsze jest to, że poszły przeziębić się w imię ustawy, której opcja rządząca wcale nie ma zamiaru przeforsować.

A potem dalej:

– W Skandynawii pojawiają się pomysły, by ojciec też miał prawo podjąć decyzję o aborcji, nawet wbrew woli kobiety. Absurd, no absurd. Albo inaczej – logiczna konsekwencja (równouprawnienie), które do absurdu prowadzi.

I tak dalej. Uciekam, bo mam na ten wieczór swój plan. Na liście zakupów jedna rzecz – gra planszowa „Potwory do szafy”. Mam bez niej nie wracać. Na Piłsudskiego nie ma.

Idziemy dalej, dochodzimy do Rynku Głównego. Rzeka ludzi jest długa.

No women, no cry

– Po co tyle policji – ktoś pyta. No właśnie, niby po co, ale zaraz wiadomo po co, bo przecież zawsze mogą pojawić się chłopcy z Młodzieży Wszechpolskiej. Tu i tam się pojawili, ale w Krakowie chyba jest spokojnie.

(Na Podwalu „Potworów” nie ma).

Patrzę na hasła, słucham haseł. Przebojem rymowanka „Myślę! Czuję! Decyduję!”. Są mniej lub bardziej zabawne. „Polskie zaćmienie”, „Sio od cipek”, „Jestem podmiotem, nie przedmiotem”, „No women no kraj” (mój faworyt), „Za kratkami nie będziemy matkami”, „Bóg Maryję spytał”. Na Adasiu, niemal na samej górze, stoi dziewczyna z transparentem „Jak mam nie emigrować”. „Nasze krocze, nasza sprawa”. Salwy śmiechu u przechodniów wywołuje hasełko „Gdzie Jarek nie może, tam babom zabroni”. „Polskie zaćmienie”.

(Zaczynam się denerwować, bo „Potworów” nie ma ani w Matrasie, ani w Bonie – tam w ogóle nie ma planszówek).

Jest już po 18 (wiem, że wrócę bez „Potworów” – to kolejny dramat tego dnia), a w zasadzie dochodzi 19, a choć na Rynku tłum już topi się w oczach, wciąż jest tu dużo ludzi. Jest głośno, ale co ważne – ludzie rozmawiają, dyskutują na temat ustawy antyaborcyjnej. I to chyba największy plus – rozmawiajmy, a będziemy mądrzejsi.

(mm)

Zobacz także