Kto da mniej? Trwa ostra licytacja radnych w sprawie liczby dzielnic

Michał Drewnicki (drugi z prawej) / fot. RMK

Nie minął tydzień od ogłoszenia przez radnych Przyjaznego Krakowa pomysłu na zmniejszenie liczby dzielnic, a do głosu doszło Prawo i Sprawiedliwość, które chce jeszcze bardziej radykalnych zmian.

Przypomnijmy, prezydenccy radni postulują, by z dotychczasowych 18 dzielnic zostało 7. Chcą również ograniczenia liczby radnych dzielnicowych z 372 do 147. Nowe dzielnice zyskałyby większe kompetencje i pieniądze – decydowałyby m. in. o remontach ulic czy chodników. Jednocześnie miałyby powstać tzw. rady osiedlowe.

W tej sprawie przygotowali uchwałę kierunkowej do prezydenta Jacka Majchrowskiego, w której domagają się podjęcia działań na rzecz reformy administracyjnej miasta i konsultacji społecznych.

Nikłe kompetencje

Swój pomysł radni Przyjaznego Krakowa tłumaczą przede wszystkim nikłymi kompetencjami rad dzielnic i ograniczonymi możliwościami finansowania lokalnych inwestycji. Obecnie rady mogą wydawać opinie na temat niektórych projektów, ale nie są one wiążące i to od rady miasta zależy, czy zostaną uwzględnione, czy nie.

Kolejnym argumentem jest także marginalne zainteresowanie mieszkańców sprawami rad. Frekwencja w ostatnich wyborach do rady dzielnic była skandalicznie niska – wzięło w nich udział jedynie 12 proc. krakowian. Problem był także z kandydatami – nie brakowało rejonów miasta, w których w wyborach startował tylko jeden kandydat, który z automatu stawał się radnym dzielnicowym.

– Zmniejszając liczbę dzielnic do 7, mamy tylko 147 radnych, czyli ponad 200 mniej. Na nasze miasto to odpowiednia liczba. Dodatkowo dzielnice pokrywałyby się z okręgami do rady miasta. Nie ma wtedy konfliktów w wyborach samorządowych – mówił KRKnews.pl Łukasz Wantuch, radny prezydenckiego klubu.

PiS raz, a dobrze

Radni Prawa i Sprawiedliwości chcieliby pójść o krok dalej i powrócić do historycznego podziału na cztery dzielnice – Śródmieście, Podgórze, Nową Hutę i Krowodrzę. Na czele których stałby burmistrz. Za nowym podziałem poszłyby też dużo większe pieniądze

Nowe dzielnice miałyby poszerzony zakres kompetencji. Decydowałyby one nie tylko o remontach ulic czy chodników, ale i o wydawaniu tzw. wuzetek. Zmiana oznaczałaby, że na prezydencie miasta spoczywałyby jedynie kluczowe strategie i inwestycje.

Bez ustawy ani rusz

By proponowane przez PiS zmiany weszły w życie, konieczne byłoby przeprowadzenie przez parlament specjalnej ustawy. Istniejące przepisy tak daleko idących zmian nie dopuszczają, by była to ustawa zapisana specjalnie pod kątem Krakowa – wyjaśnia Michał Drewnicki z klubu radnych Prawa i Sprawiedliwości.

Drewnicki podkreśla, że samo ograniczenie liczby dzielnic nie wyeliminowałoby patologii związanych z funkcjonowaniem rad dzielnic. – Sama zmiana liczby to krok w pół drogi i nie rozwiąże problemu. Konieczne są rozwiązania analogiczne do tych warszawskich. Rozmawiałem z radnymi dzielnicowymi i miejskimi ze stolicy, którzy twierdzą, że to bardzo dobre rozwiązanie – wyjaśnia.

Na razie, jak zapowiada, rozmowy z parlamentarzystami miały raczej formę luźnych konsultacji i nie ma mowy o konkretnym projekcie ustawy.

Koalicja Obywatelska: PiS dąży do centralizacji

Pomysł radnych PiS krytykuje Łukasz Sęk z Koalicji Obywatelskiej. – To takie pokazywanie, że tylko my możemy to zrobić. PiS od zawsze negowało dzielnice i torpedowało ich działanie. Oni po prostu lubią centralizację – stwierdza.

Sek przekonuje, że „wzór warszawski” nie sprawdzi się w warunkach krakowskich. – Ten projekt nie odpowiada na potrzeby mieszkańców. Nie widzę, jakie problemy miałby rozwiązywać. W Warszawie ten obszar jest dużo większy i nie da się nim zarządzać centralnie. W Krakowie są to jednostki pomocnicze i ich rolą jest dbanie o potrzeby mieszkańców i bycie łącznikiem pomiędzy nimi, a np. radą miasta czy jednostkami organizacyjnymi – wyjaśnia. Postulat swoich kolegów z PiS tłumaczy również chęcią przejęcia władzy, po którą PiS-owi nie udało się sięgnąć w wyborach samorządowych.

Podobnego zdania jest wspomniany wcześniej Łukasz Wantuch, który przyznaje, że jest za ograniczeniem liczby dzielnic, ale nie do czterech i nie w formule zaproponowanej przez PiS. – Dzielnice nie mogą być organami równorzędnymi do rady miasta, powinny dalej pełnić funkcje pomocnicze.

Stwierdza też, że taka próba władzy w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości przyniesie tej formacji więcej szkody, niż pożytku. – Takie działania dają odwrotny efekt od zamierzonego. PiS już raz się przejechał na przedterminowych wyborach i takimi postulatami tylko pogorszy swoje położenie – prognozuje.

Kwestia nowego podziału Krakowa nie jest przesądzona. Kluczowe w tej kwestii wydają się być nadchodzące wybory parlamentarne. Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość powtórzy swój wynik z 2015 roku, niewykluczone, że „ustawa krakowska” przejdzie. Będzie bowiem dość czasu, by przed wyborami samorządowymi w 2023 roku przygotować stosowny projekt.

KRK

Zobacz także