„Pod stołem prowadzili handelek miejscami…”

– Mam wrażenie że nasi negocjatorzy po prostu na wstępie położyli się na łopatkach. Pod stołem prowadzili handelek miejscami na listach, żeby tylko doprowadzić do koalicji. Zresztą to się odbywało za naszymi plecami, nikt tego z nami nie konsultował – mówi nam Krzysztof Klimczak, lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Krakowie. Wielu uważa, że to najwięksi polityczni przegrani ostatnich wyborów parlamentarnych. Tymczasem krakowski polityk SLD zapowiada odbudowę partii.

KRKnews.pl: Co dalej z lewicą?

Krzysztof Klimczak
Krzysztof Klimczak

Krzysztof Klimczak: Poważne pytanie, słyszę je nieprzerwanie od 2005 roku.

Może inaczej – co dalej z SLD?

W skali ogólnopolskiej Sojusz stoi przed najtrudniejszym okresem w swojej historii, pierwszy raz nie mamy reprezentacji w parlamencie. To boli. Tym bardziej, że mamy to na własne życzenie. Koledzy w kierownictwie tak się kiwali, aż się w końcu zakiwali. Niestety topiąc przy okazji nas wszystkich.

Czyli SLD jest na dnie?

Nie, to za dużo powiedziane. Ponad milion wyborców to dobry kapitał. Dość powiedzieć, że między nami a Nowoczesną jest jedynie pół procent różnicy. Zresztą subwencja też nie jest bez znaczenia.

Jeśli jest tak dobrze to czemu jest tak źle? Powiedział Pan, że koledzy w kierownictwie się zakiwali? Może Pan to rozwinąć?

Jasne. Jeśli pyta mnie Pan czemu przegraliśmy wybory to mogę powiedzieć tylko, że przez własną głupotę. Decyzja o starcie w ramach koalicji, czyli podniesienie wymaganego progu wyborczego z 5 do 8 % była oczywistym samobójstwem. Ale nasi partnerzy nie zgadzali się na inne rozwiązanie i my jak karpie zagłosowaliśmy za przyśpieszeniem wigilii. Tak bardzo zależało nam na akceptacji pozostałych partyjek. To zresztą główny problem Sojuszu, od lat. Pyta Pan co dalej z lewicą, to pytanie lewica zadaje sobie od 2005 roku. I nic z tego nie wynika. I nie wyniknie.

W 2005 roku po przegranych wyborach uznano że rząd SLD nie istniał. Daliśmy sobie wmówić, że trzeba się od tego odciąć. Odnaleźć na nowo. Przez ostatnie 10 lat zmienialiśmy barwy, logotypy, przewodniczących i nieustająco skręcaliśmy w lewo. Przegrywaliśmy kolejne wybory i za każdym razem receptą było podkreślanie swojej lewicowości. Jeżeli przez blisko 10 lat w partii za politykę programową, kampanie wyborcze, przekaz medialny odpowiada ta sama osoba, a partia przegrywa wszystkie kolejne wybory to coś jest nie tak. W efekcie mieliśmy z jednej strony spotkania z BCC, rok Gierka i „Niezbędnik historyczny lewicy”. Jeśli takich rzeczy się nie przetnie, nie ruszymy do przodu. Nie powinniśmy dłużej szukać akceptacji Gazety Wyborczej czy naszych lewicowych konkurentów.

Lewicowych konkurentów?

Tak, tych wszystkich partii, które powstawały w kontrze do nas – jak SDPL, Zieloni, te wszystkie Unie Lewicy, pracy, racje. Przecież to są rachityczne środowiska, zafiksowane na punkcie swoich programów, liderów – tam nie ma za grosz zdrowego rozsądku. Natomiast SLD zamiast iść własną drogą na siłę próbowało wszystkich jednoczyć i oni przychodzili i mówili ile chcą jedynek, bo na inne miejsca nie było chętnych. Zresztą jak dostali 2, 3 miejsca na liście w skali kraju to wyczerpywało ich ambicje, bo każdy członek dostał swoje.

Czyli Zjednoczona Lewica to był błąd?

W takim kształcie – oczywiście, mam wrażenie że nasi negocjatorzy po prostu na wstępie położyli się na łopatkach. Pod stołem prowadzili handelek miejscami na listach, żeby tylko doprowadzić do koalicji. Zresztą to się odbywało za naszymi plecami nikt tego z nami nie konsultował. Informowano nas tylko kto ma mieć którą jedynkę.

Pamiętam jak podczas jednej z licznych narad przestrzegłem kolegów z kierownictwa, że nasi ludzie w końcu pokażą im gest Kozakiewicza i nie wystartują. I w końcu to się stało. Członkowie SLD wycofywali zgody na kandydowanie i listy zaczynały się sypać. Odbieraliśmy pełne paniki telefony z Warszawy z błagalnymi wezwaniami do ratowania list. Tylko ktoś naiwny mógł liczyć, że to wypali. Tymczasem trzeba było powiedzieć na wstępie: to jest nasza propozycja, a jeśli wam nie odpowiada – idziemy sami. Trudno, może dostalibyśmy te 2 procent mniej ale bylibyśmy w Sejmie.

I co teraz?

Trzeba iść swoją drogą, trzeba porzucić mrzonki o zjednoczeniu wszystkich. Lewica na całym świecie się różni i są to bardzo głębokie podziały. Jak można oczekiwać że uda się połączyć socjalliberałów z lewicą radykalną? Nie można. Powinniśmy wrócić do swoich korzeni, do tego co odrzuciliśmy w 2005 roku. Zwłaszcza, że w kwestii polityki międzynarodowej żadna partia polityczna nie ma takich doświadczeń jak SLD. A te kwestie będą dominować w najbliższym czasie, zarówno jeśli chodzi o uchodźców ale też o przyszłość Unii Europejskiej. Powinniśmy ustalić swoisty dekalog centrolewicy i wydać pozostałym podmiotom jasny komunikat: to jest oś wokół której budujemy szeroką siłę centrolewicową jeśli jesteście zainteresowani, zapraszamy.

I przyjdą?

Część tak, część nie. I co z tego? Nie możemy dać się wbić w zjednoczenie za wszelką cenę, już dziś wielu publicystów jak mantrę powtarza pytanie: a co z Razem?

No właśnie, interesuje Państwa współpraca z Razem?

Absolutnie nie! To jest partia trochę taka bolszewicka, zrównująca do zera. Oczywiście, hasło o zabraniu bogatym i daniu biednym ładnie brzmi, tylko jest niebezpieczne bo prowadzi do tego, że w pewnym momencie bogatych jest za mało by mogli pokryć rosnące potrzeby budżetu, więc sięga się do kieszeni lepiej sytuowanych, ale ich też jest za mało i na końcu po kieszeni obrywa klasa średnia. Zresztą im dłużej będą funkcjonowali, tym bardziej widoczne będzie, że ich program opiera się na obciążeniu klasy średniej, czyli również Pana.

Mnie?

Oczywiście. Myśli Pan, że milionerzy zapłacą choćby złotówkę z 70% progu? Ich stać na optymalizację podatkową, a w najgorszym razie ucieczkę do raju podatkowego. A ktoś będzie musiał zapłacić za darmowe państwo. Nie ma nic za darmo, koniec końców ktoś za to musi zapłacić.

No dobrze, a co z SLD w Małopolsce, przez 4 ostatnie lata kierował Pan lokalnym Sojuszem – bez większych sukcesów.

Mała poprawka, przez dwa ostatnie lata, jestem przewodniczącym małopolskiego SLD od 2014 roku. Ale rzeczywiście sukcesów jak na lekarstwo. Choć przez te dwa lata udało się nam, całemu zespołowi ludzi doprowadzić do uporządkowania i uspokojenia sytuacji wewnętrznej w partii.

Czyli zajmowanie się sobą?

Tak wiem, to zawsze było modne żeby mówić, że czas przestać zajmować się sobą ale partia polityczna to też spora machina administracyjna. A czasu na zajmowanie się nią mieliśmy mało, w przerwach między wyborami.

Przegranymi…

Tak, choć jak patrzę na te minione kampanie, to tak naprawdę przegraliśmy tylko wybory do PE i też nie do końca, bo w liczbach bezwzględnych dostaliśmy więcej głosów.

A wybory samorządowe, prezydenckie, parlamentarne?

Co do wyborów samorządowych, z ich oceną mam największy problem. Z jednej strony zrobiliśmy najlepszą kampanię od wielu lat, z drugiej nigdy nie dowiemy się jak ludzie głosowali.

Jak to? Przecież wyniki są od dawna znane.

Ok. wszystkie kampanie, mają swoją zależność, wyniki są przewidywalne, praca jest wynagradzana wynikiem. I jak patrzę na nie, no może pomijając kampanię prezydencką, bo trudno prowadzić jakiekolwiek działania w sytuacji wojny wewnętrznej…

Wojny wewnętrznej?

Krzysztof Klimczak
Krzysztof Klimczak

Tak, z perspektywy czasu musze powiedzieć, że Magdalena Ogórek nie była złą kandydatką, choć byłem jednym z bodaj dwóch szefów rad wojewódzkich, którzy wyrazili się krytycznie podczas dyskusji nad tą kandydaturą. Przegraliśmy te wybory bo część kolegów z kierownictwa partii postanowiło wykorzystać kampanię do rozgrywki wewnętrznej.

Pamiętam jedną z koleżanek ze ścisłego kierownictwa, która wpierw gorąco rekomendowała Zarządowi partii poparcie kandydatury Ogórek, a po tygodniu brylowała w telewizjach mówiąc, jak zła jest to kandydatura i jak fatalnie prowadzona jest kampania. No w takich warunkach to się nie da wygrać nic, a już na pewno wyborów prezydenckich. Wreszcie wybory do Sejmu, to była gehenna, układanie list w atmosferze konfliktu o każde biorące miejsce to był dramat.

Biorące miejsce?

U części osób, zwłaszcza niedoświadczonych w kampanii wyborczej, a tacy byli nasi koalicjanci, dominuje przekonanie, że na liście są miejsca lepsze od innych, bo częściej padają na nie głosy. Oczywiście poza pierwszą trójką i może ostatnim miejscem to totalna bzdura, ale pamiętam żądania Twojego Ruchu, który chciał pierwsze, drugie, trzecie, piąte, dziesiąte, piętnaste, dwudzieste i ostatnie miejsce. Nie mając zresztą kandydatów na te miejsca, ale tak im wyszło i tak miało być. Podobnie sprawa się miała w kampanii, zero współpracy, ciągła walka między kandydatami Twojego Ruchu i reszty. Bezwład w centrali, która w żaden sposób nie koordynowała tej kampanii, wielość sztabów. W końcu zajmowaliśmy się tylko kandydatami SLD pozostając de facto bez wsparcia naszych władz krajowych.

Ale co z tymi wyborami samorządowymi. Powiedział Pan, że nigdy nie dowiecie się jak ludzie głosowali?

Oczywiście, te wybory to była totalna klapa, nieporozumienie. Zalegalizowano wynik wyborów, który nie odpowiadał rzeczywistości. O ile na poziomie gmin było jako tako, to w powiatach i do sejmiku, czyli tam gdzie była książeczka, konia z rzędem temu kto powie jak naprawdę głosowali wyborcy.

Czy Pan chce powiedzieć, że wybory były sfałszowane?

Nie, na pewno nie. Wie Pan dlaczego? Bo w Polsce nie ma takiej organizacji, która była by to w stanie przeprowadzić organizacyjnie. Co nie zmienia faktu, że te wybory były całkowitą porażką polskiej demokracji. Jeżeli masz tak dużą skalę nieprawidłowości, wątpliwości, a Premier, Prezydent i nomen omen przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego odpalają narrację że ktoś, kto o tym mówi jest szaleńcem i to wszystko w sytuacji, gdy te wyniki są ewidentnie wypaczone na korzyść rządzących, to jak to nazwać? Nie zdaliśmy jako państwo tego egzaminu.

Ale przecież, praktycznie żaden z protestów wyborczych się nie potwierdził.

Mogę powiedzieć, z doświadczenia, że te protesty były żenujące. Sądy szukały tylko sposobu żeby je odrzucić ze względów formalnych. Podam przykład, który wbił mi się w pamięć. W Krakowie w jednym z obwodów do głosowania, nasz kandydat do Sejmiku nie mógł na siebie zagłosować bo brakowało w tej książeczce listy SLD, oczywiście on to zgłosił do komisji, ale tylko usłyszał zapewnienie że wszystko jest ok, więc skołowany nie oddał głosu i wraz z żoną i dziećmi wrócił do domu. Myśmy oczywiście wnieśli protest, tylko zgodnie z procedurą w imieniu komitetu protest zgłaszać mógł tylko pełnomocnik, w tym przypadku była to inna osoba. I co na to sąd? Myśli Pan, że ktoś to w ogóle sprawdził? Figa. Dostaliśmy postanowienie, że sąd odrzuca wniosek z powodów formalnych, bo pełnomocnik nie jest zameldowany w obwodzie, którego dotyczy protest. Farsa. Mieliśmy jednego pełnomocnika, jakim cudem miał być zameldowany w każdym obwodzie jeśli ich jest kilkaset? Tak właśnie załatwiono sprawę protestów.

Czyli wybory powinny być powtórzone?

Myślę, że gdyby to SLD rządziło to nie odważyłoby się legalizować takich nieprawidłowości. A teraz po ponad roku, ciężko mi powiedzieć. Na pewno ktoś to powinien wyjaśnić, nie tylko wyborcom ale również kandydatom. Wie Pan to jest ciężki wysiłek takie kandydowanie, osobisty i finansowy. I oni w jakimś sensie zostali zrobieni w konia. Władza przyklepała wynik wyborów, ale niesmak, rozczarowanie, to wszystko zostało, to trochę jak gra, w której jedna strona zmienia co chwilę zasady tej gry. Nie ma co ukrywać, że ta cała sytuacja nas załamała. Jak wytłumaczyć to wszystko, media podały, że przegraliśmy wybory, przychodzi czas oceny, i co mamy powiedzieć: jesteśmy beznadziejni bo podano wyniki z kosmosu? To ja się do tego nie poczuwam.

Ale wybory do PE przegraliście Państwo

Przegraliśmy, i w tym przypadku to jest jedynie moja wina.

Dlaczego?

Co tu ukrywać, to ja rekomendowałem Radzie Wojewódzkiej poparcie Joanny Senyszyn i to był błąd. Trzeba było iść w zaparte. Trzeba było wypowiedzieć o to Warszawie wojnę.

Warszawie czyli Millerowi?

Tak, w tym konkretnym przypadku, dałem się przekonać Leszkowi Millerowi. To była zła kandydatura, gdyby na pierwszym miejscu był Andrzej Szejna wynik byłby inny – mielibyśmy dziś europosła. Później w wyborach samorządowych nie powtórzyłem tego błędu, mimo że naciskano mocno by Joanna Senyszyn  była liderem w Krakowie.

Może wtedy wynik były inny?

Na pewno, przypuszczam, że gorszy. Ta lista była bardzo dobra, wszyscy na niej współpracowali, wspierali się, Joanna Senyszyn nie potrafi tego robić, ona potrzebuje konfliktu do życia, dla niej głównymi wrogami byli koledzy z listy i koleżanki, koleżanki przede wszystkim. Zresztą, największym naszym problemem jest brak lokalnych rozpoznawalnych nazwisk, nie przywiezionych w teczce z Warszawy, dlatego moim celem podstawowym było wykorzystanie wyborów do kreowania nowych liderów, nie jednego ale takiej ekipy która będzie mogła kiedyś stanąć na czele tej formacji.

Udało się?

Tak, może nie są to osoby powszechnie znane, ale wśród lewicy takie nazwiska jak Rafał Kukla, Rafał Kudas, Ryszard Śmiałek, Dariusz Szczotkowski mają już swoją wagę. Warto w nich inwestować, kadr nie da się odbudować z dnia na dzień.

Zwłaszcza kiedy się sypią. Głośno teraz o nowej inicjatywie na lewicy. Część młodych działaczy powołuje do życia lewicowe stowarzyszenie które ma być alternatywą dla SLDowskiego betonu.

Myślę, że to jest głównie próba instytucjonalizacji pewnej grupy osób, które albo nie uzyskały poparcia partii w wyborach na szczeblu krajowym, albo spodziewają się, że nie zostaną ponownie wybrane na funkcje w trakcie trwającej kampanii sprawozdawczej.

Instytucjonalizacji?

Tak, jeśli ktoś był np. wiceprzewodniczącym partii, albo przewodniczącym w powiecie czy województwie, i nie został wybrany albo wie, że nie uzyska poparcia kolegów, a chce dalej być w grze, to zostanie teraz funkcyjnym w tym stowarzyszeniu i przed wyborami z tego tytułu będzie oczekiwał dobrego miejsca na liście. Tylko to jest gra o sumie zerowej. Bo to kolejny twór, który tworzy się z tego samego zasobu kadrowego. Takie rozmnażanie przez podział. W efekcie po lewej stronie jest coraz więcej bytów, tylko wszystkie w kupie są słabsze niż SLD jeszcze kilka lat temu. To do niczego nie prowadzi. Razem, które twierdzi, że jest nową jakością w polityce, jest stworzone przez byłych działaczy SLD czy UP. Ci ludzie nie biorą się przecież znikąd.

 A Pan? Wybiera się Pan do nowego stowarzyszenia?

Nie, bycie szefem partii w regionie to duża odpowiedzialność. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby będąc w SLD pomagać budować coś konkurencyjnego w stosunku do mojej partii. Z resztą partia to przede wszystkim krąg ludzi – trzeba być wobec nich lojalnym.

To co dalej z SLD w Małopolsce?

Będziemy nadal działać. Trwają wybory w partii, jest rok Daszyńskiego, związanego przecież z Krakowem. Szykujemy się do Kongresu Samorządowców w Łodzi. Wybory przewodniczącego pokazały nam że stanowimy istotną siłę, dały nową energię. Zresztą polska polityka też się zmieniła, uwolniła się nowa przestrzeń. Dziennikarze mainstreamowych mediów stracili monopol informacyjny. Scena polityczna się rozbetonowała. Stawiam tezę, że z obecnych partii parlamentarnych w następnej kadencji zostaną dwie, reszta zniknie ze sceny politycznej, jeśli wrócimy na ścieżkę centrową, odzyskamy racjonalność działania to my zajmiemy ich miejsce. Dopóki piłka w grze, mamy szansę na zwycięstwo.

Rozmawiała Rafał Galus

Zobacz także