Polityka to w krysztale pomyje, czyli teoria (bez)względności prawa

Prawo i polityka nie idą z sobą w parze. Pamiętam czasy, kiedy prawo znaczyło prawo, a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Dzisiejsza rzeczywistość bardziej przypomina mi scenę z komedii „Sami swoi”, w której Pawlak jadący do sądu na rozprawę z Kargulem dostaje od matki granaty, bo „sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Tyle że dziś to wcale nie jest śmieszne. I jeśli ktoś ma dodatkową siłę (owe granaty) do przechylania sprawiedliwości na swoją szalę, to ma ją władza.

Przyglądanie się polityce prowadzi do strasznych wniosków. To dziedzina, w której słowo nic nie znaczy. Można mówić jedno, usta mieć wypełnione frazesami, a robić coś zupełnie innego. Najbardziej pasuje mi tu fragment „Autoportretu Witkacego”, w którym Jacek Kaczmarski stwierdził, że „polityka dla mnie to w krysztale pomyje”. W polityce stosowana jest zasada: cel uświęca środki. Bez względu na to, jakie to środki. Prawo (albo coś co wydaje się prawem) też jest takim środkiem.

Oczywiście wielu obecnych polityków zawyje z oburzenia. To nie ja! Nie można tak uogólniać! To krzywdzące dla uczciwych! Do niedawna politykę można było klasyfikować jako sztukę kompromisu. Tyle, że już dawno granice kompromisu zostały przekroczone. Po drobnych odstępstwach następowały nieco większe, potem jeszcze większe i kolejne nie mają już znaczenia.

Wszyscy są winni

Problem dotyczył wszystkich partii, wszystkie odpowiadają za psucie życia politycznego. A ponieważ w ostatnich latach problem nabrzmiał, to najbardziej widać go na przykładzie polityków obecnie rządzących. Np. Jarosławowi Gowinowi wydawało się, że może lekko ustępować i nie cieszyć się głosując, a gdy ponowie zrozumiał, że są jednak jakieś granice kompromisu, jego partyjni koledzy nie potrafią już tej granicy znaleźć.

Inny polityk rodem z Krakowa – Zbigniew Ziobro kiedyś krytykował rządzących za upolitycznianie wymiaru sprawiedliwości. A sam poszedł jeszcze dalej i dziś prokuratura pod jego rządami ekspresowo umarza śledztwo w sprawie ewentualnego zagrożenia, jakie niesie głosowanie korespondencyjne. Dziś politycy PiS twierdzą, że bronią konstytucji prąc za wszelką cenę do majowych wyborów, choć uchwalają zmiany w kodeksie wyborczym niezgodnie z konstytucją. A już wcześniej uważali, że nie jest ona taka ważna.

Przykład idzie z góry

Dziś każdy przepis prawa jest dla polityków względny. Obecna władza interpretuje sobie ustawy i rozporządzenia, jak się jej podoba, jak tego wymaga chwila lub cel polityczny. I nie ma się co dziwić, że obywatele też tak już robią. Choćby odmawiając przyjęcia od policjantów mandatów za złamanie ograniczeń wprowadzonych z powodu koronawirusa. Według tych karanych władza nie miała prawa ustanawiać takich ograniczeń bez wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. I wcale nie są przegrani w sądzie. I wcale nie dlatego, że mama włoży im do kieszeni granat.

Bezwzględna władza jest dla tych, którzy się z nią nie zgadzają i – o zgrozo! – mają odwagę krytykować ją publicznie. Albo podjąć decyzję nie po myśli władzy. Pani prokurator, która wszczęła śledztwo w sprawie przygotowań do wyborów (potem szybko umorzone przez kogoś innego), już do czekała się wszczęcia wobec niej postępowania dyscyplinarnego.

Ale rządzący mogą się przejechać na swojej strategii. Kiedy stracą władzę (oj stracą ją wcześniej czy później), ich przeciwnicy też będą względnie traktować prawo i bezwzględnie postępować wobec swoich przeciwników. Role się zamienią, zasada, że cel uświęca środki – nie.

Grzegorz Skowron

Wybory prezydenckie 2020. Do rejestracji zgłoszono aż 19 kandydatów na prezydenta. Większość bez 100 tysięcy podpisów

Najnowsze

Co w Krakowie