Salon Europy z kupą na środku. Tak to widzę…

Rynek Krakowski – Salon Europy, brzmi dumnie – i właściwie nic więcej. Do tej pory z dość dużą dozą ostrożności i dystansu podchodziłem do licznych komentarzy znajomych, którzy prześcigali się w „hejtowaniu” spędzania wolnego czasu na Rynku Głównym, dlaczego? Bo burdele, bo żule, bo pijani angole, bo to, bo tamto. Do tej pory, ale ubiegły piątek zmienił moje postrzeganie i zwrócił uwagę na coś bardzo przykrego i smutnego. Krakowski Rynek, nie jest już krakowski proszę Państwa.

W ubiegły piątek postanowiłem odwiedzić centrum Krakowa, zachłysnąć się krakowskim powietrzem – choć wiem, że to niezdrowe, zjeść kolację i zwyczajnie odwiedzić Rynek Główny, który zazwyczaj po prostu mijałem w drodze do pracy, czy na spotkanie. Tym razem zwolniłem, przyjrzałem się i… rozczarowałem.

– Aj em sik, plis help mi, ten polisz zloty – usłyszałem za plecami mijając grupkę dojrzałych turystów, napotkanych przed jedną z restauracji na ul. Św. Anny. Tuż obok wspomnianej grupki zauważyłem podchmielonego Pana, który jako meldunek wpisany ma szeroko pojmowany Rynek Główny i jego najbliższą okolicę. – No, I’m sorry – usłyszał reprezentacyjny obywatel. – Fak Ju k**asie! – padło w kierunku turysty, który zapewne nie zrozumiał ostatniego słowa, ale i tak nie miał zadowolonej miny. Oho, dbamy o turystów – pomyślałem.

„Dzida i do przodu”

To jednak był dopiero początek, bo kilkadziesiąt metrów dalej najpierw straciłbym życie pod kołami rozpędzonego meleksa z ryczącą z głośników muzyką znaną mi do tej pory jedynie z plaży w Mielnie lub z klubu w Izdebniku. Do tej pory stałem murem za meleksiarzami, którzy przecież jakoś zarabiać muszą, a i cel szczytny, bo prezentują leniwym turystom piękno Krakowa i zwracają uwagę na liczne zabytki naszego miasta. Tym razem jednak trafiłem na turystów szukających mocnych wrażeń lub po prostu była to wersja wycieczki express – włączamy wycieraczki i dzida wózkiem golfowym przez Rynek Główny.

Pokonałem zaledwie kilkaset metrów ul. Św. Anny i już żałuję swojej decyzji odwiedzenia centrum Krakowa w piątek około godziny 20, jest nieźle a przede mną jeszcze wędrówka do pl. Wszystkich Świętych – pomyślałem. I na kolejną dawkę w…..kurzenia nie musiałem długo czekać. Zupełnie nie zwracając już uwagi na kolejnych „obywateli Salonu Europy” proszących o „10 polisz zloty”, grupki pijanych i drących mordy angoli, piękne niewiasty proponujące mi drinka w stipklubie i niezliczone ilości osób próbujących wetknąć mi ulotki dotyczące szkół policealnych, lodziarni, kawiarni, burdeli i salonów lustrzanej zabawy, wszedłem na ul. Grodzką – i to był mój kolejny błąd.

Agroturystyka w Krakowie

Ja rozumiem, że Rynek Główny, to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w Europie. Nie dziwi mnie nawet fakt, że tak popularne miejsce rządzi się swoimi prawami i każdy chce na turystach zarobić, reklamując swój biznes. W pełni solidaryzuję się też z ulicznymi grajkami i tancerzami, którzy przynajmniej tworzą niepowtarzalny klimat Rynku Głównego. Kolejne dorożki przeciskające się między ludźmi na ul. Grodzkiej i koń robiący kupę wprost pod moje nogi na oczach setek turystów i osób czekających w kolejne po lody czy po kebaba, to już jednak chyba gruba przesadza. – Halo, coś Pani wypadło – krzyczy jeden z roześmianych przechodniów na widok soczystej dawki przetrawionej karmy, która wylądowała na kostce brukowej ul. Grodzkiej. Odpowiedział mu tylko uśmiech pięknej blondynki.

Mea Culpa

Czas, by przeprosić znajomych, odwołać zaplanowane odwiedziny rodziny spoza Krakowa i powiedzieć sobie jasno. Rynek Główny w Krakowie nie tylko nie jest już krakowski, on w ogóle nie jest dla krakowian. Mieszkańcy chcący korzystać z dobrodziejstw swojego miasta, muszą wpasować się w kilka godzin o poranku albo zimą. Latem czeka tu nas jedynie ścisk, harmider, stado żebrzących pijaczków i… końska kupa oraz swojski zapasek stajni, który unosi się w ciepłe dni nad ul. Grodzką. I nie miałbym nawet nic przeciwko, gdyby władze miasta zaoferowały mieszkańcom coś w zamian, oprócz „rajskiego powietrza”, które serwuje się nam przez cały rok. Swoją drogą wracając do domu, postanowiłem wcielić się w rolę turysty i wyobrazić sobie, że odwiedzam Kraków, ten piękny zachwalany w przewodnikach Rynek Główny i co? Właściwie końskie g….., starałem się, ale nawet jako turysta nie zobaczyłem w tym Salonie Europy ukrytego piękna, które zmusiłoby mnie do ponownego odwiedzenia Stolicy Małopolski. Może więc czas pomyśleć nad tym, jak sprawić by Rynek Główny znów był krakowski i przyciągał turystów czymś więcej niż ciupagą z napisem „Zakopane 2016”?

Maciej Bekus

fot Jorge Lascar via Foter.com

Zobacz także