ŚDM nocą. „Miejscowi odzyskują kontrolę”

Myślicie, że Światowe Dni Młodzieży zasypiają, gdy zapada zmrok? Kończą się, kiedy gasną kamery stacji telewizyjnych? Otóż nie. Nasz człowiek rusza co wieczór w miasto, by sprawdzić, co pielgrzymi robią nocą.

Taka myśl mnie naszła, gdy kontemplowałem widok na Rynek oblężony o 1 w nocy przez kilka (kilkanaście?) tysięcy osób. Otóż muszę przyznać, jestem dumny z mojego miasta. Uświadomiłem sobie, że jeszcze nigdy nie widziałem takiej imprezy, wydarzenia, które przyciągnęłoby do jednego miasta milion osób (milion! To nie jakiś głupi mecz) i każda z tych osób znalazłaby dla siebie miejsce. Wiedziała, że najgorsze, co ją może spotkać, to tłok w tramwaju. Kraków przyjął te osoby ze sprawnością godną olimpijczyka, wspinając się na Himalaje życzliwości. Nawet tradycyjne krakowskie jedzenie, kebaby przyrządzone wg przepisów naszych babć, podrożały tylko o złotówkę.

To nie Mediolan, gdzie przy okazji finału Ligi Mistrzów, ceny w kawiarniach poszły w górę dwukrotnie.

ŚDM nocą
ŚDM nocą

Piątek przyniósł, myślę sobie patrząc na pielgrzyma sikającego pod kamienicą przy ul. Św. Tomasza, pewną chyba zmianę. – Pierwsze dni były wspaniałe, patrzyliśmy na to wszystko, jak na jakieś niesamowite widowisko. Teraz jest trochę inaczej – mówi znajoma pracująca w kawiarni przy Floriańskiej.

Faktycznie, jest inaczej. Umówmy się – ogromna większość pielgrzymów zachowuje się niesamowicie, ale jednostek mniej kulturalnych jest wśród nich coraz więcej. To jakby na weekend dojechali oficjalni chuligani Jezusa.

Na Rynku stoi transporter opancerzony, to wojsko chwali się swoimi zabawkami. W nocy jest zupełnie bezbronny. Wskakują na niego przyjezdni (nie piszmy, że to tylko pielgrzymi, bo wszystko już się miesza), najpierw nieśmiało, jeden, drugi, trzecia. Zaraz jest ich już kilkunastu. Większość jest z Irlandii. Skąd wiem? Bo śpiewają Will Grigg’s on fire! A potem – Fuck England. To już nie ŚDM 2016, to EURO 2016.

Skąd to zmiana, zapytuję sam siebie. Dochodzę do wniosku, że kaganek chuligaństwa przynieśli ze sobą weekendowi alkoholicy. Ci, co w piątek, co w sobotę, dwa razy – do samego spodu. W niedzielę powolny i brutalny powrót do rzeczywistości, w poniedziałek – z powrotem do roboty. Przypomnieli sobie, że Rynek po zmroku i jego okolice to przecież ich środowisko naturalne, to ich królestwo. I jęli kursować od Afery do Frantica, starając się odzyskać kontrolę nad utraconym terytorium. Wydarzeniem nocy jest otwarcie kolejnej pijalni, tym razem przy ul. Floriańskiej. Rusza o północy, na zewnątrz już czeka kolejka, trudno mi zrozumieć fenomen tych wtórnych i do (nomen omen) wyrzygania wtórnych knajp.

A. I dojechali też, tak przez krakowian kochani, Angole. No więc sami wiecie, sami rozumiecie.

W okolicach 2 proporcje się zmieniają, pielgrzymów prawie już nie widać. Wchodzę do Huki Muki, tam się zawsze dzieje. Jeszcze godzinę temu nie dało się tutaj dopchać, teraz jest pusto. Barmanka stoi za pustym barem, ociera pot z czoła: – To była jak szarańcza. Pielgrzymi wpadają, biorą po jednym piwie, wypijają, potem po drugim i zaraz ich nie ma.

Jestem już trochę zmęczony, ŚDM daje w kość, a już teraz najbardziej ciekaw jestem widoku po burzy, gdy kurz opadnie, a pielgrzymi opuszczą Kraków. Mam nadzieję, że do tego czasu nic się nie zmieni, bo jeśli tak – miasto będzie wielkim wygranym tej imprezy.

(mm)

Czytaj także:

Noc 1. „Za kołnierz nie wylewali…”

Noc 2. Raz dzięglem, raz piołunem

Noc 3.  „Jak ktoś się opija, to nasi”

Zobacz także