TYLKO U NAS. Marcin Daniec: „Według niektórych Bóg kocha Prawo i Sprawiedliwość” [wywiad]

Marcin Daniec

– Będę mówić o “pisiorach”, „platformiarzach”, „lewakach”, „nowoczesnych i zacofanych”, o tych co razem i osobno. O tym, że każdego 31 sierpnia są trzy uroczystości i każda… inna! O tym, że na Westerplatte znów nie było nikogo z Francji, Anglii i… Ameryki – mówi nam Marcin Daniec, znakomity artysta kabaretowy i (prawdopodobnie) pierwszy stand-uper w Polsce. Już w niedzielę satyryk wystąpi ze swoim nowym programem na scenie Auditorium Maximum w Krakowie.

W wywiadzie dla KRKnews krakowski artysta podzielił się swoimi przemyśleniami na temat polskiego stand-upu oraz opowiedział jakie niespodzianki czekają na widzów podczas jego najbliższego występu.

KRKnews: Był Pan prekursorem stand-upu w Polsce. Teraz ta forma zdobywa coraz większą popularność.

Marcin Daniec: Jest mi niezmiernie miło. Występowałem całe życie sam na scenie w kabarecie. Kiedy tęskniłem za dialogami, rozmawiałem z ludźmi na widowni. Podoba mi się to, bo widzowie ewidentnie wiedzą, że nie rozmawiam z partnerującymi mi aktorami. W oparciu o reakcję widzów, monologi przeradzają się w skecze, które powstają na scenie, na oczach publiczności.

Marcin Daniec z Cezarym Pazurą / fot. http://marcindaniec.pl

Natomiast w moich telewizyjnych „marzeniach”, zapraszałem największych gigantów w historii naszego kraju i jestem dumny, że mi nie odmawiali. Nigdy nie zapomnę skeczu z Basią Wrzesińską i śp. Krysią Sienkiewicz. To było moje marzenie, gdy byłem w liceum! Musiałem być grzecznym chłopcem, że niebiosa wysłuchały moich próśb. Zagrałem z nimi moją wersję “Balladyny”. One były Aliną i Balladyną, a ja Kirkorem. Nie zapomnę mojej wersji “Poskromienia złośnicy” z Dosią Stalińską. Zawsze będę pamiętał duet aktorski z… Ryśkiem Rynkowskim. Olga Lipińska zadzwoniła do mnie po emisji w Boże Narodzenie i powiedziała “życzę Panu wszystkiego najlepszego. Jestem wściekła, że tego nie wymyśliłam. Dobranoc”.

Mógłbym wymieniać w nieskończoność, bo niedługo będę obchodzić jubileusz… czterdziestolecia mojej pracy na scenie. Generalnie uwielbiam występować na scenie sam i nigdy nie przypuszczałem, że będzie to się nazywać stand-up. Zetknąłem się pierwszy raz z tą nazwą, kiedy HBO robiła, jako pierwsza w Polsce, stand-up comedy. Kiedy się występuje samemu to ma się ten komfort, że jest się „energooszczędny”! Nie napisałem nigdy w życiu niczego na kartce papieru. Po walce Andrew, mój monolog trwał na początku trzy minuty, kilka dni później, siedem, a docelowo czterdzieści minut. Sama walka Andrzeja Gołoty trwała… 90 sekund! 

W Polsce pojawia się coraz więcej młodych stand-uperów, którzy dzielą się swoją twórczością głównie w Internecie. To dobrze dla polskiego stand-upu?

– Dowiedziałem się, że nie jestem klasycznym stand-uperem, bo… nie przeklinam. Nie zasmuca mnie to! Mogę przysiąc, że nigdy nie powiedziałem nic niecenzuralnego na scenie. Nie będę się, jednak mądrzyć. Dobrze, że są teraz internetowe formy stand-upu. Ja do branży dostawałem się bardzo długo. Mogę sobie teraz dworować z tego, że nagrodę na Festiwalu w Opolu za debiut dostałem w wieku… 36 lat!

Nie umiem powiedzieć co by się ze mną stało, gdybym tę nagrodę dostał mając 20 lat. Niektórzy młodzi ludzie z łatwością “wpadają w sodówę”. Bardzo długo pracowałem w kabarecie! Nagroda w Opolu była dla mnie dodatkowym „wiatrem w żagle”, a nie powodem do “sodówki”.  Wracając do młodzieży… Jest paru ciekawych i zabawnych stand-uperów. Oczywiście, że nie jest dobrą rzeczą, by robił to każdy! Tak jest nie tylko w stand-upie, ale też w życiu. Jeden maluje do szuflady, inny na wystawy. Przeszkadza mi we współczesnym stand-upie, że ktoś wychodzi i co drugie słowo to wulgaryzmy. Na to zgody nie ma!

Dlaczego?

– To przyszło ze Stanów. Stand-uperzy świadomie przeklinali, by zwrócić na siebie uwagę! Mój kolega, śp. Jacek Chmielnik, wymyślił, że będzie w “Vabanku” „przeklinał”: „o kurteczka”, czy “o tyfusik”. Myślałem, że przewrócę się ze śmiechu…

Marcin Daniec / fot. http://marcindaniec.pl

Jaki będzie program niedzielnego występu w Auditorium Maximum?

– Z przyjemnością o tym opowiem, bo właśnie po czterdziestu latach eksperymentów stwierdziłem, że będę wykonywał “one man show”. Wychodzę na scenę i jestem na niej sam, od początku do końca. Trwa to prawie dwie godziny. Oczywiście nie może zabraknąć „Pana Ignacego”, czyli pana w prochowcu z okularkami z ubezpieczalni. Będzie „Góral”, „kibic” i „Marcinek”. Zaśpiewam znakomite piosenki. Będę też mówił o poczynaniach “panów z góry”.

Z kogo będzie się Pan śmiać podczas występu?

– Zawsze robię kabaret o nas, a nie o was. Będzie o wyborach i o tym, że według niektórych Bóg kocha Prawo i Sprawiedliwość.  Będzie o tym, że „prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty dostanie się do królestwa bożego”. Będę mówić o “pisiorach”, „platformiarzach”, „lewakach”, „nowoczesnych i zacofanych”, o tych co razem i osobno. O tym, że każdego 31 sierpnia są trzy uroczystości i każda…inna! O tym, że na Westerplatte znów nie było nikogo z Francji, Anglii i… Ameryki! Moja sąsiadka powiedziała: „jak kiedyś”… Będzie też o tym, że nie musimy wszystkiego prześmiać!  Zawsze po śmiesznych monologach jest warstwa refleksyjna i każdy wie, że nie wszystko wokół jest takie śmieszne…

Kogo zapraszamy na Pana występ?

– Nigdy nie adresuje programu do konkretnych osób. Mogą przyjść  młodzi ludzie z liceum, studenci, widzowie dojrzali i eleganckie, nobliwe panie. Przekrój wiekowy moich fanów łaskocze każdą „komórkę próżności”, jaka we mnie została… Nadchodzą Święta. Sugeruję, by przychodzący na mój recital, przynieśli jakieś maskotki. Zawieziemy je dzieciom ze Szpitala w Prokocimiu. Na pewno się ucieszą.

Rozmawiała Justyna Słowikowska

Bilety na niedzielny występ Marcina Dańca można kupić tutaj. Początek występu zaplanowano na godzinę 18.

Zobacz także