Co roku to samo. Na Rynku Głównym w Krakowie rozstawiają się budki, pachnie grzanym winem, oscypkiem i – powiedzmy to otwarcie – fryturą wątpliwej świeżości. Co roku media z satysfakcją serwują nam relacje o „paragonach grozy”, narzekają na tłumy, krytykują brak klimatu świątecznego i złoszczą się na klientów, którzy – o zgrozo – nadal przychodzą. A ludzie? Ludzie mają to wszystko w nosie. I robią, co chcą.
Nie sposób nie zauważyć, że media od lat wchodzą w ten sam rytuał. To coś na kształt corocznego festiwalu masochizmu: narzekań, moralizowania i wyższościowych analiz. Opisują, jak to ludzi „nabijają w butelkę”, jak „naiwni klienci” przepłacają za pierogi za 52 zł czy grzańca za 45 zł. Z góry, z wyższością, oceniają głupotę tych, którzy kupują na jarmarku, zamiast – najwyraźniej – dokonać mądrzejszych wydatków. Ale czy na pewno?
Może ludzie wolą przeznaczyć te pieniądze na coś, co sprawia im przyjemność tu i teraz – na spacer w świątecznej atmosferze, na kubek wina w zimowy wieczór. Może nie chcą słuchać, że są naiwni, bo zdecydowali się na oscypka za 19 zł, zamiast na bardziej „rozsądne” wydatki. Bo może kupują to, co im odpowiada, i mają do tego pełne prawo.
Drogo, brzydko, fatalnie – tak mówią media
Co tam przeczytamy w mądrych tekstach? Że pajda chleba kosztuje 87 zł. Że pierogi za 52 zł to zbrodnia na narodowej kuchni. Że budki są szpetne, a bez śniegu klimat bardziej przypomina listopadowy bazar niż świąteczną baśń. Że to wszystko to wielki skok na portfele naiwnych ludzi. I wiecie co? Może i mają rację. Ale kogo to obchodzi?
Ludzie mają prawo do swojego wina i chleba
Na Rynku jest tłoczno. Bardzo tłoczno. W weekendy to już istny korek ludzki, gdzie przepychanie się od stoiska do stoiska wymaga cierpliwości i umiejętności nawigacyjnych. I kto tworzy te tłumy? Właśnie ci, o których media piszą, że są „nabijani w butelkę”. Kupują oscypki za 19 zł, piją grzane wino za 45 zł za większy kubek (albo 18 zł za mniejszy), zajadają pajdę chleba za te wspomniane 87 zł, czasem skuszą się na bigos za 36 zł albo zapiekankę za 39 zł. Nie wyglądają na nieszczęśliwych. Wręcz przeciwnie – robią zdjęcia, śmieją się, spacerują. Może ten „zły” jarmark to jednak coś więcej niż ceny?
Praca sprzedawców: zima, mróz i nieustanna obsługa
Nie zapominajmy też o tych, którzy stoją po drugiej stronie lady. Praca na jarmarku to nie zimowy urlop – od rana do późnego wieczora, często na mrozie, sprzedawcy obsługują kolejne tłumy, nalewają grzańca, smażą kiełbasy, podają pierogi. Ich zadanie nie jest łatwe, a koszty – wynajmu straganów, produktów, energii – są tak wysokie, że marża musi być odpowiednio duża. To nie jest prosta ekonomia, a za ciężką pracą kryje się po prostu chęć zarobku.
Co znajdziemy na jarmarku?
Oprócz wspomnianych już pajd, oscypków i grzanego wina, na jarmarku można znaleźć różne klasyki: bigos za 36 zł, gulasz wołowy za 41 zł, kiełbasy za 19 zł za 100 g. Są stoiska z rękodziełem, gdzie sprzedaje się ozdoby choinkowe, ręcznie robione obrusy czy świece zapachowe. Niektóre budki są urocze, inne wyglądają jak wyjęte z innej epoki – tej mniej estetycznej. Bez śniegu i zapełnionych koszy na śmieci całość może wyglądać mało świątecznie, ale ludzie wciąż przychodzą.
Dlaczego? Bo mogą
Można narzekać, można krytykować, ale nie można odmówić ludziom prawa do wyboru. Chcą zapłacić 87 zł za pajdę chleba? To ich sprawa. Chcą wypić wino na zatłoczonym Rynku Głównym, zamiast w przytulnej kawiarni? Ich prawo. Jarmark może nie jest idealny – może jest zwykły, przewidywalny i drogi – ale działa. A tłumy ludzi to najlepszy dowód, że czasem ludzie wiedzą lepiej niż dziennikarze i ich mądre analizy.
Więc jeśli chcesz narzekać na jarmark – proszę bardzo. Ale jeśli chcesz kupić oscypka, wypić wino i poczuć choć namiastkę świątecznej atmosfery, przyjdź na Rynek. I baw się dobrze. Bo to Ty, drogi kliencie, masz tu ostatnie słowo.
Patrycja Bliska



