Jesteśmy bardzo bogaci. My, wspólnota samorządowa. Nie wierzycie Państwo? To policzcie sale koncertowe Stołecznego Królewskiego Miasta. Te prawdziwe, a zwłaszcza te na papierze.
Nie chodzi wcale o duże obiekty kongresowe, w których równie dobrze może się odbyć debata o wyższości Świąt Wielkanocnych nad Świętami Bożego Narodzenia, targi producentów prodiży, czy koncert filharmoników. Chodzi w głównej mierze o to ostatnie, a więc miejsce, gdzie muzycy klasyczni mogliby ćwiczyć i dawać koncerty. Po co nam to? Na przykład po to, że Kraków aspiruje do miana stolicy polskiej kultury, a własnej filharmonii nie ma. Na przykład dlatego, że w mieście, w którym mieszka ponad milion ludzi, gusta muzyczne nie ograniczają się do uwielbienia dla pieśni o wybranych elementach garderoby w kropeczki oraz zielonych oczu, przez które można oszaleć. Na przykład dlatego, że w Krakowie działa jedna z najlepszych uczelni muzycznych w Polsce, która gnieździ się w budynku dawnego komitetu Wojewódzkiego PZPR. Na przykład dlatego, że w Krakowie działają świetne orkiestry jak Capella Cracoviensis i Sinfonietta Cracovia, które cieśnią się teraz w prowizorycznych siedzibach. Jak widać, całkiem sporo tych „naprzykładów”;, ale czy jest pomysł na redukcję podniesionych w nich problemów? Był! Już w 2011 r. samorządy, miejski i województwa, wraz z władzami Akademii Muzycznej, postanowiły powołać do życia Centrum Muzyki przy Bulwarze Kurlandzkim na Grzegórzkach. Dużym sumptem sił udało się pozyskać grunt od wojska, a potem przystąpiono do kompletowania dokumentacji, a przede wszystkim środków.
To już nie było takie proste i partnerzy, którzy chcieli stworzyć wspólną siedzibę filharmonii (województwo), orkiestr miejskich (miasto) i własną (Akademia Muzyczna) zaczęli podążać każdy w swoją stronę. Efekt jest taki, że najpierw Akademia Muzyczna zaczęła samodzielne prace nad swoją siedzibą na Grzegórzkach, potem na Cichym Kąciku zaczęło budować miasto, a na koniec, przy samym Rondzie Grzegórzeckim budowę filharmonii ma zacząć samorząd województwa. Na bogato, powstaną bowiem trzy obiekty na miarę indywidualnych wojewódzko- powiatowych możliwości trzech podmiotów, zamiast jednego na miarę wspólną i miarę ogólnokrajową lub może nawet miarę całego kontynentu. Mamy jednak potrójną inwestycję, a więc i potrójny koszt, ale widocznie stać nas. To podobnie jak z pawilonem pod Wawelem, na Placu Wielkiej Armii Napoleona. Otwierał się on z wielką pompą kilkanaście lat temu i miał być połączeniem sklepów z pamiątkami z centrum ruchu turystycznego. Mało uroczy bunkier w uroczym i prestiżowym nmiejscu Krakowa szybko opustoszał. Pozostała pamięć o kosztach jego powstania i koszty dalszego utrzymania. Wesoła to podobnie wesoła historia o zamożności Krakowa. Teren po szpitalu uniwersyteckim kupiony przez miasto za ogromną kwotę stoi sobie spokojnie i majestatycznie w centrum miasta, nie domagając się może specjalnej uwagi, ale utrzymania to już tak. Tymczasem, co jakiś czas otrzymujemy informacje, że powstanie tam przestrzeń (popularne dziś słowo), do pracy środowisk twórczych, prezentacji ich osiągnięć, wymiany doświadczeń itp. itd. Co to ma w praktyce oznaczać, trudno powiedzieć. Choć są to sformułowania majestatyczne niczym budynki dawnych klinik. Trudno jednak nie doszukiwać się między tymi słowami i gmachami przy Kopernika dalszych podobieństw. Te ostatnie na przykład są w środku puste. Powyżej tylko wybrane przykłady, które przywodzą do konstatacji, że jesteśmy jako podmiot publiczny bardzo bogaci. Kupujemy, budujemy, a gdy już kupimy i zbudujemy, to się zastanowimy, czy potrzebujemy. W końcu stać nas.
Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator
(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.



