Nazwa felietonu w ramach cyklu „(Nie)polityczny Kraków” nigdy nie była tak długa, ale też nie było takiej gratki dla komentatorów, jak referendum w Krakowie. Dzisiaj o tym, za co powinno się odwołać prezydenta Aleksandra Miszalskiego, a za co się nie powinno.
Państwo sobie wybiorą, co Wam bardziej pasuje. Współczesne kampanie polityczne są fascynujące nawet dla politologa. Dlaczego? Bo merytoryczna wartość wszelkich argumentów nie jest nawet marginalna. Ona w zasadzie nie występuje. Zostają więc prawie wyłącznie emocje. I umiejętny sposób zarządzania nimi. W przeszłości Aleksander Miszalski zdawał się wierzyć, że zgrabny post, albo śmieszna rolka, w wystarczający sposób zarządzają tymi emocjami. Oprócz emocji jest jednak jeszcze bieżące administrowanie miastem, z czego zgrabny post, czy ładną rolkę, trudno ukręcić. Na to administrowanie czasem składa się podwyżka cen usług komunalnych, czasem bardziej restrykcyjna polityka mająca na celu ochronę zdrowia, czy środowiska, czasem coś innego. Nie wszystkim musi się to podobać, ale ma to służyć wszystkim. Gdy pod koniec stycznia okazało się, że procedura referendalna stała się faktem, był to widomy znak, że części społeczeństwa działania marketingowe nie wystarczają, a sposób administrowania miastem nie specjalnie się podoba. Od początku zbierania podpisów pod inicjatywą referendalną widać było emocję społeczną, która była w mieszkańcach i która niosła „niebieskie kamizelki". Swoją emocję miał też prezydent Miszalski, który zwolnił jednego z lepiej ocenianych dyrektorów miejskich jednostek, na hurra wycofał się z części rozwiązań, które miały zwiększyć dochody miasta i w ogóle był łaskaw stwierdzić, że on się z Krakowianami umówił na zmiany zaplanowane na całą kadencję, a nie dwa lata. Gdyby w lutym zapytać piszącego te słowa, jak skończy się referendalna historia, powiedziałby, że Pan prezydent powinien zaopatrzyć się w mocne kartony z popularnej szwedzkiej sieci sklepów meblowych i powolutku zacząć umieszczać tam elementy aktualnego wystroju swojego gabinetu. Ale to było w lutym. W marcu inicjatorzy referendum złożyli u komisarza wyborczego imponującą liczbę podpisów Krakowian pod wnioskiem o referendum, a potem zaczął się prawie miesięczny czas oczekiwania na decyzję czy ono się odbędzie. Był to czas, w którym obu stronom sporu przyświecały różne cele. Aleksander Miszalski, zgodnie ze swoim interesem grał (i gra dotąd) na brak zainteresowania Krakowianreferendum, tak by nie było one wiążące. Jego przeciwnicy powinni zaś w tym czasie opracować strategię, jak pokazać obywatelom Stołecznego Królewskiego Miasta, że do referendum warto pójść. Prezydent Miszalski miał zadanie łatwiejsze i dobrze je wykonał. Inicjatorzy referendum kontynuowali to, co mówili zbierając podpisy. Tylko, że przekaz ten był świeży w lutym, dziś, po trzech miesiącach, jest już bardzo odgrzewany. Czasem trafny, czasem nie. Skoncentrujmy się na reprezentatywnych sprawach, które miały wzbudzić emocje niepotrzebnie, tych które miały wzbudzić emocje, choć nie ma się tu nad czym zastanawiać i tych, które nie budzą emocji, a powinny. Dwa argumenty za odwołaniem prezydenta, które pompowano do znudzenia, wydają się szczególnie chybione. Pierwszym, jest sprawa Strefy Czystego Transportu, której obowiązywanie jest w interesie Krakowian, bo powietrze będzie lepsze i pieniędzy w budżecie miasta będzie więcej. Nie podoba się to mieszkańcom innych gmin? Trudno. Kraków nie mebluje życia wewnętrznego innym samorządom i ma prawo w tym względzie liczyć na ich wzajemność. Rzeczywiście, niektóre rozwiązania uchwały SCT są legislacyjnym niechlujstwem, ale jej sens ma dla Krakowa wydźwięk jednoznacznie pozytywny inieuczciwym jest inne przedstawianie tego faktu. Przeciwnikom prezydenta udało się też narzucić narrację (modne słowo), że miastem rządzi desant z Koalicji Obywatelskiej. Miastem nie powinien rządzić desant z żadnej partii, ale lwią częścią miejskich spółek, wydziałów Magistratu i miejskich jednostek organizacyjnych rządzą ludzie, którzy zostali zatrudnieni za czasów prezydentury Jacka Majchrowskiego. Aleksander Miszalski na naprawdę ważnych stanowiskach zatrudnił może kilkanaście osób. Gdyby prezydent wywodził się z innej formacji (bez pokazywania palcem) zmiany zaczęłyby się od poziomu starszego referenta i każdy kto choć pobieżnie obserwuje rodzimą scenę polityczną o tym wie. Są zmiany bez większego znaczenia. Od tego, że prezydent naszego miasta tańczy na dachu, czy zmywa podłogę, nie żyje się nam ani lepiej, ani gorzej, choć za mądre to nie jest. Kropka. Są wreszcie rzeczy, które nie wybrzmiewają mocno, choć powinny. Podstawowym pytaniem jest to o wizję rozwoju Miasta autorstwa prezydenta Miszalskiego. Jaki ma być Kraków, choćby za 10 lat. Ale tak naprawdę. Bez mydlenia oczu, że w 2028 roku zaczynamy budować metro, trzy razy tańsze za kilometr niż w Warszawie, tylko kiedy realnie i za jakie pieniądze zaczynamy je budować. Jak odpowiemy na problemy demograficzne? Skąd weźmiemy na opiekę dla rosnącej liczby seniorów i co zrobimy z nauczycielami jeśli zamkniemy żłobki, przedszkola i szkoły, do których chodzi garstka dzieci. Czy Krakowowi wystarczy renoma outsourcingowej stolicy naszej części Europy, w sytuacji, gdy takie centrum outsourcingu może się „zwinąć "w ciągu kilku tygodni, a tysiące ludzi zostaną bez pracy? Czy, kiedy i jakzałatamy kilkusetmilionową dziurę w miejskiej kasie? To tylko niektóre pytania, trudniejsze od tańców na dachach i zarzutów tych tańców dotyczących, próżno więc o rzeczywistą odpowiedź na nie przez którąkolwiek ze stron sporu politycznego. Problemów, przed którymi stoi Kraków i każdy jego włodarz, jest bez liku. Inicjatorzy referendum na początku swej drogi umieli zarządzać związanymi z nimi obawami, ale siła i wspomniana wyżej świeżość tego przekazu mocno spadła. Jeśli w Krakowianach jest ta sama emocja społeczna co w lutym, to jest ona teraz bardzo mocno ukryta, a czasu na jej ponowne odkrycie nie pozostało zbyt wiele. Na powierzchni sporu politycznego nie widać więc dziś wyraźnego fermentu. Ta powierzchnia faluje, ale to może być za mało. Wszystko wydarzy się więc pod powierzchnią. Zupełnie jak w październiku 2023 r. Kiedy to nikt nie postawiłby na frekwencję sięgającą 80%. Teraz też zdecyduje frekwencja. Aleksander Miszalski przegrał referendum przez sam fakt, że jego polityka do tego głosowania doprowadziła, zapewne przegra je, bo większość głosujących opowie się 24 maja przeciw niemu. Lecz mimo to Aleksander Miszalski wciąż może to referendum wygrać.
Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator
(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.



