Szybkie fakty

Kategoria Miasto
Data 30 maja 2026
Czytanie ~5 min
Miasto · 30 maja 2026 · 5 min czytania

Referendalne trzęsienie ziemi w Krakowie. Czy Tusk zdecyduje się na reset małopolskiej KO?. (Nie)Polityczny Kraków

Autor: Jakub Olech Aktualizacja: 30.05.2026 Lokalizacja: Kraków

Nurt komentowania życia publicznego przez pryzmat personalnych rozgrywek, politycznych harców i partyjnych układanek jest w istocie bardzo popularny. I trudno, by taki nie był, bo samorząd został sprowadzony do poziomu polityki. Nie przez komentatorów, którzy opowiadają o rzeczywistości, która jest im dana, ale przez samych samorządowców. O tym, że niedzielne referendum w Krakowie stało się elementem  krajowej polityki nie trzeba chyba nikogo przekonywać. O tym, że krakowskiej Koalicji Obywatelskiej się w tej polityce nie wiedzie też chyba nie. Podobnie jak w październiku 2023 r., tak i dziś, nie było mędrca, który powiedziałby, że frekwencja w głosowaniu nas zaskoczy. Zaskoczyła wtedy, zaskoczyła i teraz. Około 30% głosujących to wielkie trzęsienie ziemi dla Krakowa, samorządu i Koalicji Obywatelskiej. Nie mówiąc już o samym Aleksandrze Miszalskim. Wynik niedzielnego referendum jest też poważnym znakiem ostrzegawczym dla Koalicji Obywatelskiej. Przede wszystkim tej w Krakowie. Nie dość, że frekwencja w głosowaniu okazała się wystarczająca, to jeszcze prawie wszyscy głosujący „pokazali drzwi” prezydentowi. Po trosze to oczywiście efekt wystosowania przez niego prośby do Krakowian o bojkot referendum. Ci więc, którzy popierali Miszalskiego nie poszli go obronić. Jednak umiarkowani nie mieli żadnych skrupułów, i nie ocenili prezydenta wysoko. Kilkuprocentowe poparcie jest miażdżące. Lokalni politycy KO podkreślają co prawda w mediach, że większość Krakowian nie poszła na referendum. Tylko, że w wyborach za trzy miesiące nikt nie będzie pamiętał jak wysoko, czy nisko kandydat KO przegrał, ale że przegrał. A na przegrywających trudniej głosować. To problem pierwszy. Problem numer dwa jest taki, że w szeregach krakowskiej Koalicji trudno dziś o kandydata, który skonsoliduje wszystkich i ruszy w wyborcze szranki po pewne zwycięstwo. Naturalną drogą mogło wydawać się wskazanie przez premiera Donalda Tuska komisarza, który przez najbliższe trzy miesiące będzie rządził miastem, jednocześnie przygotowując się do startu w wyborach. Dziś wiemy już, że tym komisarzem jest Stanisław Kracik, rocznik 1950, do wczoraj wiceprezydent Krakowa, bez legitymacji partyjnej KO i w dodatku z Niepołomic. Decyzja Tuska pokazuje więc jasno jak naprawdę ocenia swoich partyjnych kolegów z Krakowa. Woli kogoś spoza miasta, choć miasto znającego, a przede wszystkim kogoś spoza własnej partii. Jednak zapewne nie będzie to kandydat w nadchodzących wyborach. Co prawa ówczesna Platforma Obywatelska już raz po Kracika sięgnęła i w 2010 r. wystawiła go jako własnego kandydata na prezydenta miasta. Był to, nawiasem mówiąc jedyny przypadek, nie licząc zwycięstwa Miszalskiego sprzed dwóch lat, w którym kandydat PO pod Wawelem wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. Przypadku Jacka Majchrowskiego w 2018 r. nie ma bowiem co wliczać, ponieważ Platforma niejako sfrustrowana ciągłymi porażkami wyborczymi z nim, postanowiła ogłosić go również swoim kandydatem na prezydenta miasta. Jeżeli jednak Kracik nie wystartuje, a najpewniej tak właśnie będzie, to spór o to kto będzie kandydatem Koalicji Obywatelskiej w sierpniowych wyborach ciągle jest nierozstrzygnięty. Oznacza to ni mniej ni więcej, jak tylko to, że Koalicja w Krakowie nie ma kandydata, a gorączkowe poszukiwania, które właśnie się zaczęły nie wróżą spektakularnego sukcesu. Najpewniej, głos krakowskiej KO nie będzie tu decydujący. Zdecyduje centrala, czyli Donald Tusk, który zdaje się mieć do krakowskich struktur swojej partii stosunek obrazujący się w sformułowaniu „róbcie jak uważacie, bo i tak wszystko zepsujecie”. Przejawów takiego podejścia znamy przecież wiele, a ich początkiem był tzw. „Cud Niedzieli Palmowej” w marcu 2010 r., czyli porozumienie większości, skłóconych dotąd środowisk Platformy Obywatelskiej, przeciw namaszczonej przez Tuska na liderkę małopolskich struktur PO Róży Thun. Znamienny jest fakt, że w trzech z pięciu wyborów bezpośrednich przed elekcją Aleksandra Miszalskiego kandydat Platformy na prezydenta Krakowa nie wszedł nawet do drugiej tury. Czarę goryczy dopełnia fakt niewykorzystania wewnętrznego chaosu w PiS przy wyborze marszałka województwa w 2024 r. Wówczas do wyboru koalicyjnego kandydata zabrakło jednego głosu, Prawo i Sprawiedliwość poszło po rozum do głowy, skonsolidowało się i wybrało własnego kandydata. Tak ówczesna Platforma w regionie została z niczym, ale za to w jego stolicy została z silnym bastionem w postaci własnego prezydenta i większości w radzie. Dwa lata po tym zdarzeniu bastiony kruszą się na naszych oczach.

Biorąc pod uwagę te wątpliwej rangi dokonania, centralne władze partii odwdzięczają się lokalnym strukturom na różne sposoby. Od piętnastu lat krakowskiej listy PO do Sejmu nie otwierał nikt z jej wnętrza, a człowiek „przywożony w teczce”. Lokalne struktury partiinie mają w obecnym rządzie Tuska ministrów, ani nawet wiceministrów, w ważnych spółkach Skarbu Państwa rozgościli się albo nominaci koalicjantów, albo osoby powiązane z KO innych regionach. Podczas niedzielnego referendum wyborcy srodze potraktowali Koalicję, co rzutuje też na jej ogólnokrajową pozycję. Dlatego Donald Tusk musi podjąć działania, które sprawią, że jego problemy na poziomie ogólnopolskim nie będą większe. Może oczywiście zlekceważyć to co się stało w Krakowie i nie okazywać regionowi, miastu oraz ich partyjnym władzom zainteresowania, twierdząc, że każdy jest kowalem własnego losu.

Może też walnąć pięścią w stół i potrząsnąć strukturami partii tak, by nawiązały one wreszcie walkę o rząd dusz Krakowian i Małopolan, zamiast wewnętrznych zachwytów, których dotąd było wiele, a które nie znalazły uznania w ocenie uczestników ostatniego referendum. Najsilniejszym i najdolegliwszym instrumentem takiego otrzeźwienia jest rozwiązanie struktur rządzących ugrupowaniem w Małopolsce i wprowadzenie komisarza również tam. Byłby to podwójny cios w Aleksandra Miszalskiego, który niespełna trzy miesiące temu nzostał przy wielkim aplauzie wybrany na przewodniczącego Koalicji Obywatelskiej w województwie małopolskim. Jeżeli stałby się on prawdopodobny, Miszalski może zrezygnować sam i wtedy nowy przewodniczący byłby wybrany bez naruszania innych struktur. Kandydatem do przejęcia po Aleksandrze Miszalskim schedy w KO jest poseł Marek Sowa, kiedyś marszałek województwa. Gdy Sowa rządził w regionie, Platforma wygrywała wybory samorządowe nawet z PiS i wchodząc w różne koalicje sprawowała władzę w Małopolsce przez prawie 12 lat. Dziś taki scenariusz byłby traktowany jako rodzaj science fiction, ale skoro w przeszłości się udawało, logiczne wydaje się zatrudnienie takich, którzy umieli fikcję przekuć w rzeczywistość. Może jeszcze pamiętają jak to się robi.

Trzynaście lat temu, gdy w wyniku przetasowań politycznych PiS odbijało z rąk koalicji PO-PSL sejmik na Podkarpaciu, politycy partii Jarosława Kaczyńskiego wołali „dziś Podkarpacie, jutro cała Polska”. Obietnicę spełnili dwa lata później. Krakowskie referendum to poważny sygnał dla Donalda Tuska i Koalicji Obywatelskiej na szczeblu krajowym. Kraków to drugie z największych miast w Polsce. Tutaj partia taka jak KO powinna wygrywać bez większych trudności. Tymczasem zwycięstwa nie było, a ponad ¼ głosujących uznała, że ich głos jest przede wszystkim przeciw rządowi Tuska. Co prawda ogólnopolskie sondaże wciąż dają Koalicji Obywatelskiej zwycięstwo nad PiS, jednak zdolność koalicyjna formacji Donalda Tuska z przekraczającą próg Lewicą zdaje się być mniejsza niż partii Jarosława Kaczyńskiego z dwiema Konfederacjami, które wedle sondaży znajdują się odpowiednio na trzecim i czwartym miejscu w wyścigu. Rachunki te są oczywiście dzieleniem skóry na niedźwiedziu, jednak realne wyniki głosowań, co pokazuje krakowskie referendum, wcale nie świadczą, że KO może czuć się liderem stawki. Tym bardziej, że do wyborów zostało jeszcze półtora roku.

Koalicja czasu ma niedużo. Najpierw musi przyjąć kubły pomyj, które wyleją się na nią po klęsce. Potem musi mądrze wybrać kandydata na prezydenta. Gdy do tego dojdzie musi nawiązać walkę-i to ze wszystkimi, bo każda formacja, która wystąpi w sierpniowych wyborach będzie ją oskarżać o nieudolność i rzeczy stokroć gorsze. Jednak na zastanawianie się nad losem poszczególnych komitetów wyborczych przyjdzie jeszcze czas.

 

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator

(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Reklama