Kraków w czasie upałów coraz bardziej przypomina miasto, które zapomniało, że latem ludzie potrzebują wody. Jeszcze kilkanaście lat temu mieszkańcy mieli do dyspozycji kilka odkrytych basenów. Dziś z dawnej infrastruktury została praktycznie tylko Wandzianka w Nowej Hucie. Reszta to historia zamknięć, niedotrzymanych zapowiedzi i inwestycji, które omijają najważniejsze pytanie: gdzie krakowianie mają się schłodzić, gdy temperatura przekracza 30 stopni?
Dawno, dawno temu — choć wcale nie tak dawno — Kraków miał sieć odkrytych basenów, z których latem korzystały tysiące mieszkańców. Była Krakowianka, Polfa, Wisła, Cracovia i Wandzianka. Wcześniej funkcjonowały także inne miejsca kojarzone z letnim wypoczynkiem na świeżym powietrzu: baseny przy Bronowicach-Wawelu, na Białym Prądniku czy w Borku Fałęckim. Tłumy wypoczywały nad Rudawą, a do 1963 roku również nad Wisłą.
Dziś z tej mapy została właściwie tylko Wandzianka. Reszta punktów zniknęła. Krakowianka została zamknięta w 2013 roku, Wisła nie działa od 2011 roku, Polfa od 2019 roku, a Cracovia od 2020 roku. W praktyce oznacza to, że miasto liczące setki tysięcy mieszkańców weszło w epokę coraz dłuższych i coraz bardziej dokuczliwych upałów niemal bez odkrytych basenów.
Kraków zamknął baseny, ale nie dał nic w zamian
Problem nie polega wyłącznie na nostalgii za PRL-em czy wspomnieniach dawnych wakacji. Chodzi o konkretną miejską infrastrukturę, której dziś po prostu brakuje. W czasie upalnych dni mieszkańcy szukają wody wszędzie, gdzie się da: na Zakrzówku, Bagrach, Przylasku Rusieckim, nad zalewami poza miastem albo na basenach w sąsiednich gminach.
Tylko że to nie jest normalny model działania dużego miasta. Kraków od lat mówi o jakości życia, zieleni, adaptacji do zmian klimatu i odporności na fale upałów. Ale gdy przychodzi gorący dzień, odpowiedź dla mieszkańców jest brutalnie prosta: stójcie w kolejce, jedźcie za miasto albo szukajcie miejsca przy brzegu.
Na grodzonych kąpieliskach komfort bywa iluzoryczny. Woda nie zawsze zachęca, a ci, którzy naprawdę chcą popływać, często próbują znaleźć miejsce wzdłuż brzegów — zwłaszcza tam, gdzie jest spokojniej i dalej od największego ścisku. To nie jest rekreacja na miarę dużego europejskiego miasta. To raczej improwizacja.
Eisenberga: basen odkryty miał być gotowy do 2026 roku
Szczególnie wymowna jest historia kompleksu przy ul. Eisenberga. W 2021 roku miasto podpisało umowę z firmą „Agata Stelnik. Deliver Services” na zarządzanie nowym kompleksem pływalni oraz wybudowanie w jego obrębie basenu odkrytego. Termin? Do 2026 roku.
W czerwcu 2025 roku dzierżawca zapowiadał, że prace rozpoczną się w drugim kwartale 2025 roku. ZIS przekonywał wówczas, że kolejne lato z odkrytym basenem na Grzegórzkach będzie możliwe w 2027 roku. Problem w tym, że prace w zapowiadanym terminie nie ruszyły.
Później pojawiły się kolejne deklaracje. Wiosną ZIS zapewniał, że operator musi rozpocząć prace do 31 marca. To również się nie wydarzyło. Ostatecznie operator rozpoczął prace geodezyjne 20 kwietnia. Pytanie brzmi jednak: czy geodezja wystarczy, aby realnie zakończyć inwestycję w wymaganym terminie? I czy mieszkańcy Grzegórzek oraz całego Krakowa w końcu dostaną odkryty basen, czy tylko kolejną obietnicę?
Clepardia: wszystko, tylko nie baseny odkryte
Druga historia dotyczy Clepardii. Po zamknięciu dawnego basenu przygotowano projekt przebudowy kompleksu. Projekt duży, rozbudowany i kosztowny. Podzielono go na dwa etapy.
Obecnie realizowany jest etap pierwszy. Zakłada budowę dwóch basenów krytych, dwóch saun, jacuzzi, dwóch sal fitness, zespołu boisk do squasha, kręgielni, wrotkarni i restauracji. Brzmi imponująco, ale jest jeden zasadniczy problem: nie rozwiązuje najważniejszego letniego deficytu Krakowa.
Wszystko — tylko nie baseny odkryte.
Te mają powstać dopiero w drugim etapie. Tyle że na ten etap nie ma obecnie zabezpieczonych pieniędzy w budżecie miasta. Koszt pierwszego etapu przekracza 54 mln zł. Odkryte baseny, których mieszkańcy potrzebują w czasie upałów najbardziej, zostały odłożone na później. Czyli de facto na nie wiadomo kiedy.
Zakrzówek, Bagry i Przylasek nie zastąpią miejskich basenów
Brak basenów odkrytych sprawia, że rośnie presja na naturalne i półnaturalne zbiorniki wodne. Zakrzówek, Bagry czy Przylasek Rusiecki stają się miejscami oblężenia, choć nie powinny pełnić roli jedynej odpowiedzi miasta na letnie upały.
To zbiorniki powstałe na dawnych wyrobiskach wapienia i żwiru. Wymiana wody zachodzi w nich bardzo powoli. Im większa presja rekreacyjna, tym większe ryzyko pogorszenia jakości wody, degradacji brzegów i obciążenia całego lokalnego ekosystemu. Dotyczy to również ptaków wodnych i terenów zielonych wokół zbiorników.
Dziś szczególnie widać to na Zakrzówku. Miejsce, które miało być wizytówką miejskiej rekreacji, stało się symbolem kolejek, limitów wejść, przeciążenia i problemów z utrzymaniem jakości wypoczynku. Jeśli do kąpieliska może wejść tylko ograniczona liczba osób, to reszta mieszkańców zostaje z pytaniem: gdzie mają się podziać?
Woda w mieście to nie luksus. To bezpieczeństwo
Odkryte baseny nie są fanaberią. Nie są dodatkiem dla kilku osób, które chcą poleżeć na leżaku. W czasie fal upałów woda w mieście staje się elementem bezpieczeństwa mieszkańców.
Kraków coraz częściej mierzy się z wysokimi temperaturami, nagrzanymi placami, betonowymi przestrzeniami, brakiem cienia i miejskimi wyspami ciepła. W takich warunkach dostęp do wody, cienia i infrastruktury rekreacyjnej nie jest luksusem, ale podstawową potrzebą.
Baseny odkryte rozładowałyby presję na Zakrzówek, Bagry i Przylasek Rusiecki. Rozłożyłyby ruch na kilka lokalizacji. Dałyby rodzinom z dziećmi, seniorom, młodzieży i mieszkańcom osiedli miejsce, w którym można bezpiecznie spędzić gorący dzień bez wyprawy na drugi koniec miasta albo poza Kraków.
Tymczasem Kraków przez lata zamykał kolejne odkryte baseny, nie tworząc w ich miejsce nowej sieci rekreacji wodnej. Efekt widać dziś gołym okiem: tłok, kolejki, przeciążone kąpieliska i mieszkańcy, którzy w upalne dni muszą radzić sobie sami.
Krakowianie jadą za miasto, bo w Krakowie nie mają gdzie pływać
Najlepszym podsumowaniem miejskiej polityki basenowej jest lista miejsc, do których mieszkańcy Krakowa muszą jechać, jeśli chcą skorzystać z odkrytych basenów w lepszych warunkach. Skawina, Libiąż, Bukowno, Olkusz, Wolbrom, Myślenice, Andrychów — to tam wielu krakowian szuka dziś tego, co kiedyś było dostępne w samym mieście.
W Skawinie działa kompleks basenów otwartych „Gubałówka”. W Libiążu — basen letni. W Bukownie — kąpielisko MOSiR. W Olkuszu — miejski ośrodek sportu i rekreacji. W Wolbromiu — basen letni. W Myślenicach — Aloha Myślenice. W Andrychowie również można skorzystać z odkrytego basenu.
To dobrze, że takie miejsca istnieją. Ale źle, że dla mieszkańców Krakowa coraz częściej są one realną alternatywą dla własnego miasta.
Kraków potrzebuje basenów odkrytych na wczoraj
Kraków powinien przestać udawać, że problemu nie ma. Odkryte baseny są potrzebne natychmiast — nie jako daleka wizja, nie jako drugi etap bez finansowania, nie jako obietnica po kolejnych analizach, ale jako konkretna miejska inwestycja.
Miasto, które przez lata zamknęło Krakowiankę, Polfę, Wisłę i Cracovię, powinno dziś jasno powiedzieć mieszkańcom, kiedy i gdzie powstaną nowe baseny odkryte. Nie kolejne wielofunkcyjne kompleksy z kręgielnią, restauracją i salą fitness, ale zwykłe, potrzebne, letnie baseny na świeżym powietrzu.
Bo w upalny dzień mieszkańcy nie pytają o strategie, prezentacje i wieloletnie koncepcje.
Pytają najprościej: gdzie są krakowskie baseny?
Grzegorz Górski



