– Jeśli dalej będziesz anty, to cię powiesimy – miała usłyszeć pani Anna Wiśniewska-Guzek. Grupa aktywistów i mieszkańców osiedla Podwawelskiego wymyśliła sobie, że na jej prywatnej działce urządzą park. Pani Anny o zdanie nikt nie pyta, a zamiast rozmów są przepychanki i często zwyczajne szczucie.
Obszar 2,8 ha terenów między Wilgą a os. Podwawelskie. Wokół plac zabaw, boisko do gry w piłkę, skwery, jezioro, ścieżka spacerowa wzdłuż Wisły i Zakrzówek. Słowem – miejsc do odpoczynku tyle, że może ich zazdrościć zdecydowana większość krakowian. Ale aktywistom miejskim ciągle mało, więc postanowili „przekonać” panią Annę, by na jej prywatnej ziemi stworzyć park.

Aktywiści jak komuniści
Działka od dawna należy do jej rodziny. W latach 50. kupił ją dziadek, profesor Slaski, prekursor polskiego szkółkarstwa, który już kiedyś przeżył wywłaszczenie. Tak wtedy działała komuna. Tak dziś chcą działać miejscy aktywiści?.
– O pomyśle wybudowania parku na mojej ziemi dowiedziałam się z ogłoszeń. Rozumie Pan? Patrzę na tę kartkę, a tam plan, by w miejscu, gdzie mamy szkółkę i gdzie znajdują się domy zbudować park! Nikt ze mną nie rozmawiał, nikt nie zapytał. Dosłownie nikt, ani miasto, ani spółdzielnia, ani sąsiedzi. Przykro było i jest mi czytać o sobie w bezosobowej formie – teren ogrodnika – zaznacza pani Anna.

– Do dziś w tej sprawie traktuje się mnie jak widmo. Zbędny element czyjejś układanki. Jestem człowiekiem, który tak jak inni mieszkańcy naszego miasta ma swoje prawa. Bardzo głęboko chcę wierzyć w to, że samo chciejstwo w dzisiejszych czasach nie wystarczy do tego, aby zarządzać czyimś trenem z pominięciem woli właściciela. Jestem od zawsze nauczona i przyzwyczajona, że tylko poprzez otwarty dialog można osiągnąć konsensus. Taka „stara” szkoła stosunków sąsiedzkich czy też w ogóle jakichkolwiek relacji – dodaje Pani Anna.
Wokół działki nie ma żadnych kontrowersji. Pani Anna zapewnia, że posiada wszystkie akty własności. Ot, działka jakich Polacy mają miliony. Tyle że akurat tą ktoś postanowił sobie zawłaszczyć.
Najpierw zaczęli się wokół niej kręcić aktywiści, później spółdzielnia, a następnie pojawiły się ekipy telewizyjne. Dziennikarzy ochoczo do domów wpuszczali „życzliwi” i pozwalali z balkonów bloku filmować działkę pani Anny. Jak w Wielkim Bracie. O jej zdanie nikt nie zapytał, nikt nie prosił o wywiad, nie poznał istotnych w sprawie faktów. Uznano, że kawałek terenu w środku osiedla nie może pozostać własnością prywatną, skoro ktoś chce tam wybudować park. Nie i basta.
Ludzie przestali się kłaniać
Pani Anna postanowiła jednak, że nie będzie się przyglądała, jak ludzie z sąsiednich bloków rozporządzają jej działką. Walczy o przedstawienie faktów. Dlatego też postanowiła, że wybierze się na zebranie spółdzielni, gdzie jednym z punktów było właśnie wybudowanie parku.

– Przedstawiłam się. Powiedziałam, że to jest moja prywatna działka. Wzbudziło to zaskoczenie u części osób zgromadzonych na spotkaniu. Na sali rozległ się szum. Mówili: „Skoro to własność prywatna, to o czym my tu rozmawiamy?”. Niestety, te głosy zostały pominięte. Ze mną również nie podjęto dialogu. Dowiedziałam się wówczas, że nikt ze mną nie rozmawia, bo spółdzielnia nie chce ode mnie kupić tego terenu, a zatem rozmowa jest zbędna. Byłam gotowa odpowiedzieć na pytania zebranych, niestety one nie padły. Ta sytuacja bardzo dużo mnie emocjonalnie kosztuje. Tego też jakby nikt nie zauważa – komentuje Wiśniewska-Guzek.
– Teraz na osiedlu czuję się jakoś nieswojo. A przecież mieszkam tu ponad 40 lat. Wiele z tych osób, które dziś udają, że mnie nie widzą, znam – jak to się mówi – od zawsze. Często się zastanawiam jakby się czuły te osoby gdyby znalazły się na moim miejscu? Jednak najbardziej dotknęła mnie wypowiedź jednej z osób, że skoro jestem anty, to mnie powieszą!. Do jakich absurdów dojdzie jeszcze w tej walce o park dla osiedla? – opowiada Pani Anna .
Dotrzymać słowa, zabezpieczyć rodzinę
Pani Anna swojej działki nie zamierza jednak oddać. Czasy „oddawania” już minęły. Pani Anna chce za to dotrzymać danego matce słowa i uszanować jej ostatnią wolę. Poza tym ma dzieci, dla których atrakcyjna działka w centrum miasta jest zabezpieczeniem na przyszłość.

Dlatego właśnie obawia się jednego – że pod naciskiem miejskich aktywistów jej ziemia zostanie zdegradowana do tzw. terenów zielonych, a wówczas stanie się zupełnie bezwartościowa. Co więcej, dziś utrzymuje się z prowadzonej na tym terenie szkółki roślin, a wówczas nie będzie mogła tam postawić nawet szklarni, o przybudówce czy garażu nie wspominając. Jak więc miałaby tam dalej zarabiać na utrzymanie?
– Proszę sobie wyobrazić sytuację. że ktoś wchodzi do pana prywatnego mieszkania i mówi: „Proszę się wyprowadzić, bo my, mieszkańcy, chcemy tutaj urządzić żłobek, to miejsce idealnie nam na to pasuje”. Nie da się tego pojąć, czuję lęk i zażenowanie – dodaje z dużym smutkiem pani Anna.
O opinie w tej sprawie poprosiliśmy radnych miasta. Oto jak komentują tę bulwersującą sprawę:
KONTROWERSJE. „Ja bym się wkurzył”, czyli krakowscy radni o budowie parku



