Cztery lata temu nikt o nim nie słyszał. Teraz nazywany jest „papieżem” zieleni. Piotr Kempf w wywiadzie dla KRKnews.pl mówi o tym, dlaczego zdecydował się na start w wyborach do Sejmu, jak ocenia swoje szanse w starciu z politycznymi „gigantami” i o tym, że porozumienie ponad podziałami jest możliwe.
KRKnews.pl: Czego Papież Zieleni szuka w Sejmie?
Piotr Kempf: Zdecydowanie rozwiązań, które pozwolą nam spojrzeć moimi czy krakowian oczami na to, co dzieje się w Polsce. W wielu aspektach jesteśmy wzorem do naśladowania dla innych, czy to w ochronie klimatu, czy w walce o czyste powietrze. Często jest tak, że w Warszawie zapomina się o tych kwestiach, wiele rzeczy mi się nie podoba i chciałbym, żeby zostały zmienione. Uważam, że jeżeli nie zdecydujemy się na takie kroki, jak kandydowanie do Sejmu, to z takiego naszego wewnętrznego, krakowskiego marudzenia niewiele wyjdzie. Warszawa ma duże znaczenie.
Jest Pan drugą osobą, mówiącą, że mamy szklany sufit, że w samorządzie niestety możemy zdziałać coraz mniej. Podziela Pan ten tok myślenia?
Zdecydowanie tak. Samorządy są miejscem, w których ogranicza nas ów szklany sufit i pewnych rozwiązań nie jesteśmy w stanie wprowadzać szerzej. Przykład Krakowa, walczącego o czyste powietrze, w którym od 1 września obowiązuje zakaz palenia węglem i obwarzanka krakowskiego, w którym takich ograniczeń nie ma powoduje, że musimy spojrzeć na to z innej, szerszej perspektywy. Sami nie damy rady. A mówię tu nie tylko o czystym powietrzu, a o zielonej energii czy sadzeniu lasów, które powinno przyświecać nam wszystkim, bo nie robimy tego dla siebie tylko dla własnych dzieci. Te doraźne, polityczne potrzeby przesłaniają nam myślenie o tym, co będzie za lat 20, 30 czy 50, a decyzje dotyczące tak odległej perspektywy muszą być podejmowane na szczeblu wyższym, niż krakowski.
Jako leśnik, absolwent Uniwersytetu Rolniczego widziałby się Pan w roli ministra rolnictwa?
Osobiście nie, bo chciałbym jednocześnie łączyć bycie posłem z pracą w Krakowie. Mamy wielu niezawodowych posłów i potrafią to robić. Wydaje mi się, że wystarczy mi energii by wspierać działania Krakowa.
Nie zrezygnuje Pan z funkcji dyrektora Zarządu Zieleni Miejskiej?
Nie planuję. Jestem przekonany, że można te dwie funkcje połączyć. Zobaczymy, co będzie, czy da się to utrzymywać, ale bardzo chciałbym kontynuować, to co robię, bo jest dużo do zrobienia, a i pomysłów mi nie brakuje. To, co dzieje się w Krakowie, w skali kraju jest precedensem. Zwiększanie budżetu, inwestycje w zieleń, jesteśmy wzorem do naśladowania. Tak też deklarowałem w rozmowie z prezydentem Jackiem Majchrowskim.
To Pana drugie wybory. Bez powodzenia kandydował Pan do sejmiku, teraz sięga Pan oczko wyżej. Pana wynik do sejmiku był mizerny, przypomnijmy, ile głosów Pan otrzymał?
Ponad 5 tysięcy.
Niewiele. W starciu z Małgorzatą Wassermann, Pawłem Kowalem czy nawet Grzegorzem Lipcem może nie wystarczyć… Naprawdę liczy Pan na to, że dostanie się do Sejmu?
Liczę, że dostanę się do Sejmu, albo zrobię wynik zauważalny, bo też wydaje mi się, że bardzo istotnym jest to, o czym mówimy od samego początku, żeby te problemy, które my dostrzegamy w z poziomu samorządu, były zauważone wyżej. Chciałbym, w sytuacji, w której ja nie będę mógł ich wyartykułować, bo się nie dostanę, by moje postulaty były wykorzystane przez naszych krakowskich posłów. Nie mówię przecież o rzeczach kontrowersyjnych czy wywrotowych, tylko takich, dzięki którym będziemy mogli spokojnie spojrzeć w lustro, bo inaczej będziemy mieli suszę, będziemy chorować od smogu. Te problemy powinny łączyć wszystkich, którzy zasiądą w Warszawie.
Mówi Pan o byciu zauważalnym. Nie jest tak, że zarówno poprzednia, jak i obecna kampania są trampoliną, która wyniesie pana do wyborów samorządowych? Prezydent Jacek Majchrowski zapewne nie będzie już kandydował…
To nie jest tak, że chcę się wybić, dlatego, że przewidywanie, co wydarzy się za cztery lata jest dla mnie niewyobrażalne. Cztery lata temu zaczynałem prace w Zarządzie Zieleni Miejskiej i byłem osobą zupełnie anonimową. Po tym czasie Zarząd Zieleni Miejskiej istnieje coraz lepiej w naszej świadomości.
Piotr Kempf też…
Ja też, ale to nie oznacza, że za cztery lata moje ambicje będą tak wielkie. Prezydentem jest Jacek Majchrowski i ja się bardzo cieszę, bo nam się dobrze współpracuje. A co będzie za cztery lata, zobaczymy.
A chciałby Pan?
Chciałbym, żeby rozwiązania, które wdrażamy teraz były kontynuowane. I mam nadzieję, że jeżeli Jacek Majchrowski nie wystartuje w wyborach, to osoby, które będą kandydować i osoba która ostatecznie przejmie odpowiedzialność za zarządzanie miastem, będzie kontynuowała tę zieloną rewolucję. Walkę o czyste powietrze, zazielenianie miasta czy tworzenie przestrzeni przyjaznych mieszkańcom. To nie muszę to być ja. Ale, jeżeli się okaże, że będzie to element walki pomiędzy wielkimi ugrupowaniami z Warszawy, to będzie to godne rozważenia.
Jacek Majchrowski nie namaścił Pana na swojego następcę?
Pan prezydent o tym nie mówi, nie wybiega tak daleko w przyszłość i nigdy nie było między nami takiej rozmowy.
Pana polityczne oblicze jest czy raczej do ostatnich wyborów samorządowych było nieznane. Krakowianom kojarzy się pan raczej z uśmiechniętym facetem otwierającym parki, dłubiącym w ziemi, także prywatnie wraz z żoną. Jak długo jest Pan związany z PSL?
Myślę, że dlatego, że samo PSL w Krakowie nie jest jakość szczególnie znane ze swej działalności.
Halo, halo, Mamy dwóch Kosiniaków, w tym jednego wicepremiera…
No dobrze… Moja przynależność to nieco ponad 10 lat. Uważam, że pewne rzeczy, które chce się wprowadzić, a ja chciałem pewne rzeczy zmieniać pracując jeszcze w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, muszą mieć przełożenie na działanie polityczne. My jako obywatele nie powinniśmy się bać przynależności do organizacji, nawet politycznej, jeżeli zależy nam na realnej zmianie.
PSL wszedł w alians z kadłubkiem ugrupowania Pawła Kukiza. Nie razi to Pana? Kukiz swego czasu przyciągał bardzo skrajne, jeśli nie faszystowskie środowiska…
Pewne rzeczy, które z perspektywy warszawskiej wydają się być opłacalną kalkulacją polityczną, z mojej, krakowskiej perspektywy nie przynoszą żadnych korzyści. Rozumiem, że być może były inne czynniki, które o tym zdecydowały. Wydaje mi się, że gdyby ta decyzja zapadała np. na szczeblu wojewódzkim wyglądałoby to zupełnie inaczej. Pewne decyzje zapadają w Warszawie i nie mamy na to wpływu. Tu mamy ten szklany sufit. Możemy mieć pretensje jako krakowianie czy rzeszowianie, ale tak to już jest.
Przyjaźni się Pan z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem? Kolegujecie się, pijecie razem piwo?
Dobrze się znamy, ale nie jest to jakaś przyjaźń. To bardzo wartościowy człowiek, który ma jeszcze sporo do zrobienia w polityce, jeśli tylko utrzyma dotychczasowy kurs. Władysław Kosiniak-Kamysz jest osobą, która bardzo dużo poświęciła dla PSL, a podziwiam go za to, że jest w stały w tym koncyliacyjnym podejściu. Lepiej znam prezesa Andrzeja Kosiniaka-Kamysza, który jest częściej w Krakowie. Ma bardzo podobne podejście do prezydenta Jacka Majchrowskiego: można rozmawiać z każdym i z każdym można dojść do porozumienia, co też ja przez te cztery lata pokazywałem w swojej zawodowej działalności. Nie są mi obce ani środowisko PiS, ani Koalicji Obywatelskiej.
Kempf obrotowy jak PSL..
Tu nie chodzi o obrotowość. Jedno z moich haseł na plakatach będzie brzmiało „Czy możemy się różnić”. Oczywiście że możemy, ale możemy też znajdować porozumienie. W polityce nie lubię tego rozpamiętywania, zacietrzewiania się. Trzeba mieć – do pewnych granic oczywiście – otwarty umysł. Każde ugrupowanie ma swój klucz do zmiany, moim jest odpowiedzialne gospodarowanie środowiskiem i uważam, że tu jest pole do rozmów ze wszystkimi. Nigdy nie odcinałem się od pomysłów zmieniania Krakowa, które były np. proponowane przez radnych z Prawa i Sprawiedliwości, jeśli tylko prowadziły do tego celu.
Na poziomie samorządu to wygląda inaczej niż w Warszawie…
To prawda, dlatego, to są te rzeczy, które z samorządu powinniśmy przekładać na politykę na wyższym szczeblu. Kandydować powinno jak najwięcej samorządowców, mamy świetne przykłady współpracy w radzie miasta, to są osoby, które potrafią znaleźć wspólny język nawet ze swoimi oponentami.
Do wyborów został miesiąc. Mało czasu na kampanię!
Kampania, którą zacznę w przyszłym tygodniu, a która będzie trwała dokładnie cztery tygodnie, bo tyle chciałbym zawracać głowę krakowianom wyborami, będzie zupełnie inna niż ta, którą do tej pory widzieliśmy w Krakowie. Będę chciał przykuwać uwagę hasłami dającymi do myślenia. Ich tłumaczenie będzie nieco bardziej nowoczesne, facebookowo-instagramowe.
A po domach będzie Pan chodził?
Będę chodził po domach. Chciałbym, żeby kampania, którą nazwałem „Kolory Kempfa” była bardzo otwarta i kolorowa, zwracająca uwagę na to, o czym rozmawialiśmy.
A jaki jest kolor Piotra Kempfa?
Zdecydowanie najbliższy jest mi zielony.



