Szybkie fakty

Kategoria Miasto
Data 17 lutego 2020
Czytanie ~9 min
Miasto · 17 lutego 2020 · 9 min czytania

Porażające dane! Co 15 sekund ktoś umiera na gruźlicę. W tej sprawie pisał nawet do Billa Gatesa

Autor: Michał Lop

– Szacuje się, że od 2 do 3 miliardów ludzi nosi prątka gruźlicy, i ktoś od czasu do czasu zachoruje – zależy jak mocny ma system immunologiczny. A młodzi ludzie robią wszystko, by ich systemy odpornościowe były coraz słabsze – mówi dyrektor Małopolskiego Szpitala Chorób Płuc i Rehabilitacji im. Edmunda Wojtyły Krzysztof Grzesik, dodając za WHO, że na świecie co 15 sekund ktoś umiera na gruźlicę.

Krzysztof Grzesik

Szpital w Jaroszowcu osiąga skuteczność leczenia gruźlicy na poziomie dwukrotnie wyższym niż średnia światowa…

Krzysztof Grzesik: Na świecie śmiertelność gruźlicy lekoopornej wynosi 55 procent, a u nas wyleczalność to ponad 90 procent.

Z czego wynikają te sukcesy szpitala w Jaroszowcu?

Z niesamowitej precyzji leczenia, jakiego się tu podejmujemy. Bo przy leczeniu gruźlicy ta precyzja jest niezwykle istotna. Gdy przerwie się dawkę leku powstaje gruźlica lekooporna. Jak podkreśla wybitna mikrobiolog – prof. Zwolska, nie wolno nawet na jeden dzień przerwać podawania leku przeciwprątkowego. Prątek jest bowiem w stanie na drugi dzień przyzwyczaić się do leku i odrzucić jego działanie.

Ogromna liczba przypadków lekooporności powstała dlatego np. w byłych krajach ZSRR. Także sprawa koronawirusa w Wuhanie pokazuje problem związany z brakiem zabezpieczeń mikrobiologicznych. W naszym szpitalu, stosując kuracje, sprawdzamy, czy pacjent przyjął leki. Niestety, jeśli przyjmuje się 40 dawkę leku dziennie to jest to ogromne cierpienie. Do tego dochodzi odseparowanie od rodziny. Cierpienie osób chorych na gruźlicę lekooporną jest czymś bardzo traumatycznym…

To długotrwała walka…

W 2015 roku trafiła do naszego szpitala osoba, którą osobiście znałem – okazało się, że ma gruźlicę lekooporna, tzw. XDR. 12 miesięcy później ordynatorka powiedziała, że odnieśliśmy sukces w leczeniu, że prątki zostały zneutralizowane i możemy odsyłać pacjenta do domu. 3 miesiące później pani ordynator stwierdziła, że niestety prątki z powrotem odżyły i nie ma żadnej szansy na wyzdrowienie, bo Polska nie dysponuje niczym, czym można wyleczyć pacjenta. Wtedy musiałem podjąć niestety decyzję, że pacjent zostanie do końca życia w szpitalu, bo w domu będzie stanowił naturalne źródło transmisji prątków na najbliższe otoczenie. To było dla mnie ogromne przeżycie.

Okazało się jednak, że na świecie wyprodukowano trzy leki nowej generacji. Cena to 300 złotych za tabletkę – koszt leczenia 18-miesięczny miał wynieść około 150 tys. złotych. Przy refundacji dziennej – 260 złotych – jedna tabletka miała kosztować więcej niż NFZ płacił za całodzienny pobyt pacjenta w szpitalu… Udało mi się zdobyć ten lek, i faktycznie zadziałało: czas leczenia wyniósł 870 dni, ilość leków 16 tysięcy !!! tj.  40 tabletek dziennie. Koszty według obecnej wyceny to około 400 tys. złotych.

Czy gruźlica to choroba, która może dotknąć każdego?

Pewnie, że tak.

Wytłumaczmy dlaczego?

Gruźlica jest chorobą podstępną. Rozwija się wolno, jej prątki przeżyły nawet kilka tysięcy lat w mumiach egipskich. Ślady po prątkach gruźlicy zostały niedawno znalezione na kościach mamuta, czy dinozaura sprzed 250 milionów lat. Gruźlica ma niesamowitą siłę przeżycia, zjada płuca, nerki czy też inne narządy. Nauka dotycząca gruźlicy rozwinęła się z końcem XIX wieku za sprawą bakteriologa Roberta Kocha, a leki przeciwprątkowe powstały dopiero w latach 60. i 70. XX – prątki są w całym świecie, są wszędzie.

Dyrektor Krzysztof Grzesik z pracownikami podczas wizyty we Lwowie

Szacuje się, że od 2 do 3 miliardów ludzi nosi prątka gruźlicy i ktoś od czasu do czasu zachoruje – zależy jak mocny ma system immunologiczny. Kiedyś ludzie mieli te systemy odpornościowe lepsze, nie było antybiotyków… A młodzi ludzie robią wszystko, by te systemy były jeszcze słabsze: siedzą w domach ze smartfonami, zamiast grać w piłkę, jeździć na rowerze, spędzają niemal całą zimę przy komputerze i nie rozwijają sobie systemu immunologicznego, jeszcze bardziej narażając się na przyjęcie prątka.

Zwłaszcza osoby nieaktywne są narażone na zarażenie się gruźlicą?

Na szczęście system immunologiczny działa bardzo sprawnie, on musi być mocno zniszczony, by pozwolił na to, aby prątek zaczął żyć… Ale im mniejsza świadomość na temat tego, jak ważna jest  zbroja mikrobiologiczna, tym bardziej zaczynamy sobie ją niszczyć. Pacjenci z gruźlicą występują przede wszystkim tam, gdzie jest brak higieny, niedożywienie, bieda, bezdomność, także w ośrodkach opieki społecznej, więzieniach, gdzie są duże skupiska ludzi…

Te grupy młodego człowieka ze smartfonem teoretycznie nie dotyczą.

I tak i nie, bo do zakażenia może dojść – jak podkreśla WHO – wdychając te bakterie unoszące się w powietrzu… Trzeba mieć jednak pecha, żeby natrafić na nie, to już nie jest kwestia świadomego działania. A co gorsza, przy gruźlicy i chorobach roznoszonych drogą powietrzną, w ogóle bakterii nie czuć, w przeciwieństwie np. do smogu, z którym ostatnio silnie walczymy.

Dlaczego przestało się walczyć z gruźlicą?

Na świecie się walczy …

W Polsce się przestało?

A ma pan jakieś przykłady aktywnej walki z gruźlicą?

Absolutnie nie mam.

No właśnie. Owszem, jest program NFZ, na zasadzie: Jak masz gruźlicę, to przyjdź, powiemy Ci, co zrobić. W mojej ocenie jest to trochę za mało. Mamy zawsze pełno pacjentów, ale dlatego, że aktywie ich poszukujemy.

Zanim o tym – po czym poznać, że się ma gruźlicę?

Tego nie da się zrobić.

A co może niepokoić i kiedy ta czerwona lampka powinna się nam zaświecić?

Lampka powinna się cały czas świecić, tym bardziej, że WHO mówi, że XXI wiek może być wiekiem niedziałania antybiotyków. Pierwsze przejawy tego widać przy wspomnianej gruźlicy lekoopornej – antybiotyki przestały na nią działać. Mamy teraz w szpitalu Gruzina, którego udało się uratować z gruźlicy lekoopornej. To mężczyzna nieszczupły, po którym nie było widać choroby. Nie ma bowiem możliwości, żeby poznać, że ktoś jest nosicielem gruźlicy.

Jest pewna uczelnia w Polsce, która ma prototyp urządzenia mogącego wykazać, że w powietrzu jest nanocząsteczka, ale nie ma niestety zainteresowania, by taki „prątkomat” sfinansować, by prowadzić dalsze badania… W tej sprawie pisałem nawet do Billa Gatesa – bezskutecznie.

Jest pewna uczelnia w Polsce, która ma prototyp urządzenia mogącego wykazać, że w powietrzu jest nanocząsteczka, ale nie ma niestety zainteresowania, by taki „prątkomat” sfinansować, by prowadzić dalsze badania… W tej sprawie pisałem nawet do Billa Gatesa – bezskutecznie. A taki prątkomat przydałby się teraz np. na lotniskach – dla kogoś, kto wraca z Wuhanu.

Na czym polega aktywne poszukiwanie pacjentów chorych na gruźlicę?

Na przykład na współpracy z noclegownią, domami pomocy społecznej, systemem więziennictwa… W zeszłym roku mieliśmy wpadkę, bo przestano aktywnie szukać chorych na gruźlicę i nagle okazało się, mamy 50 pacjentów, a jest kontrakt na leczenie 70. Byliśmy na granicy likwidacji oddziału gruźlicy – jednego z najważniejszych w Polsce. Po odtworzeniu systemu kontaktów teraz mamy pełny szpital. Leczenie gruźlicy w Polsce jest limitowane.

A pacjenci sami się zgłaszają?

Nie, bo nie jesteśmy tego rodzaju szpitalem… Naszym kluczowym zadaniem jest nadzorowanie, by osoby chore regularnie przyjmowały lek. To ludzie z różnych środowisk. Do nas zazwyczaj trafiają pacjenci z innych szpitali, gdzie gruźlica jest zdiagnozowana. Trzeba powiedzieć, że Polska mocno bój z gruźlicą wygrała – nie walkę, bo ta trwa ze względu na globalizację. Jednak statystyki jasno wskazują, że to, co się zadziało od lat 60. jest genialne. Wtedy było około 300-500 osób chorych na 100 tys., a teraz jest ich 11-12… Ale z drugiej strony otworzyliśmy puszkę pandory na Wschód – nie mówię o najbliższym sąsiedzie, ale o całej Azję, która jest źródłem światowego niepokoju. Na gruźlicę ktoś umiera co 15 sekund. To jedna z 10 najbardziej niebezpiecznych chorób.

Jakie są pomysły na walkę z nią?

Jeśli chodzi o naszego sąsiada, to powinniśmy dawać pomoc, którą mieliśmy sami w latach 80. i 90. – otrzymywaliśmy sprzęt i wsparcie krajów zachodnich. Niedawno starałem się namówić wszystkich marszałków województw, by przekazywać sprzęt np. do szpitala w Mariupolu. Na pewno też potrzebujemy narodowego programu zdrowia.

Co prawda jestem odbierany jako samotny wojownik, ale myślę, że coraz więcej osób rozumie, o co walczę – na pewno bardziej niż 5 czy 10 lat temu. Nie oczekuję, że stanie się cud i nagle powstanie program, który odwróci bieg rzeczy.

Na jakich etapie bojów pan jest? Bo jest pan trochę samotnym wojownikiem…

Co prawda jestem odbierany jako samotny wojownik, ale myślę, że coraz więcej osób rozumie, o co walczę – na pewno bardziej niż 5 czy 10 lat temu. Nie oczekuję, że stanie się cud i nagle powstanie program, który odwróci bieg rzeczy. Ale np. pani minister Józefa Szczurek-Żelazko niedawno powiedziała otwarcie, że samorządy powinny więcej uwagi poświęcać kwestii chorób zakaźnych, w tym gruźlicy.

Jak wygląda to wsparcie jeśli chodzi o władze województwa małopolskiego?

Muszę powiedzieć, że pan marszałek Witold Kozłowski odwiedził trzy razy nasz oddział leczenia gruźlicy, widział pacjentów – w tej chwili otrzymujemy większe finansowanie niż przez ostatnie lata. Robimy innowacje w szpitalu: nie tylko oczyszczalnię ścieków, ale cały system dekontaminacji, by żaden prątek z takiego miejsca się nie wydostał. W tej chwili łatwiej zarazić się gruźlicą w galerii handlowej niż w szpitalu, gdzie są realizowane wszystkie procedury.

Czuje pan zatem przychylność władz czy dofinansowanie dla szpitala w najbliższym czasie może się skończyć?

Czuję przychylność, ale trzeba pamiętać, że dla młodych osób, jakimi jest większość marszałków, przy ogromie zadań wojewódzkich temat gruźlicy jest nowy. Jestem jednak umówiony na nowe działania i rozmowy w tym zakresie. Mimo to są obawy o przyszłość, bo niestety zostaliśmy poddani takim samym procedurom wymogów jak inne szpitale. Jak nie zrobimy kontraktów, to może się okazać, że nam zabiorą finansowanie.

Od 2 lat czekamy na zmianę ustawy o chorobach zakaźnych, gdzie pokazaliśmy szereg rzeczy blokujących dobrą diagnostykę i leczenie. Mogę mieć tylko nadzieję, że po sytuacji w Wuhanie prace nad ustawą przyspieszą. Jeśli chodzi o obecny zarząd: dobrze, rozumiem, że nie jestem do końca rozumiany. Jeśli mówimy, że co 15 sekund na świecie ktoś umiera na gruźlicę, że od 2 do 3 mld osób na świecie jest zakażonych prątkiem gruźlicy, a 10 mln chorych na gruźlicę, ale w Polsce 5,5 tysiąca – to rozumiem to niezrozumienie. Jednak otworzyliśmy się na świat, mamy globalizację, ludzi zza wschodnich granic, z Chin…

Ostatnio w szpitalu umarła u nas obywatelka Filipin – po tygodniu po przyjęcia jej na oddział. Dopuszczono ją do pracy w Polsce, mimo że miała płuca zniszczone przez gruźlicę. Pracowała w zakładach rolno-spożywczych. Daliśmy znać do sanepidu, ale tu potrzebny jest narodowy program „Zdrowe Płuca”.

Ostatnio w szpitalu umarła u nas obywatelka Filipin – po tygodniu po przyjęcia jej na oddział. Dopuszczono ją do pracy w Polsce, mimo że miała płuca zniszczone przez gruźlicę. Pracowała w zakładach rolno-spożywczych. Daliśmy znać do sanepidu, ale tu potrzebny jest narodowy program „Zdrowe Płuca”.

Z jednej strony na świecie jest źle, w Polsce jest dobrze. Więc przeciętny człowiek, który idzie np. do galerii handlowej, ma się czego bać?

Najważniejsza jest świadomość. Jeśli my ją mamy i wiemy, kto jest prątkujący, a kto nie, to potrafimy się zabezpieczyć.

Ja nie potrafię tego ocenić.

Wiadomo, że 1/3 ludzi na świecie jest nosicielem prątka gruźlicy. Żeby być prątkującym, trzeba mieć dziurę w płucu – to przez nią wydostają się prątki. Przy dziurze w płucu są zawsze jakieś objawy chorobowe. Aczkolwiek te bywają na tyle nieswoiste, że trudno to ocenić. Dlatego przeciętny człowiek powinien mieć z tyłu głowy, że choroby zakaźne istnieją. Jeżeli jest skupisko osób z krajów, gdzie jest wysoki współczynnik zapadalności, to należy zachować ostrożność.

Warto też raz na 2 lata zrobić zdjęcie płuca. Jeżeli są stany chorobowe – to nie wykluczać gruźlicy. I mieć świadomość, że można na przykład się dobrze odżywiać, ale gruźlica i tak może nas dotknąć – bo np. lecieliśmy z kimś chorym samolotem, albo spotkaliśmy się z kimś, kto leciał samolotem z osobą zakażoną… Na gruźlicę jesteśmy raczej szczepieni, ale nie ma środka, który daje 100 proc. gwarancję. Gdyby tak było, to w Polsce nie byłoby w ogóle chorych.

Co chciałby pan, żeby się zmieniło w ciągu najbliższych 12 miesięcy?

Chciałbym, żeby były dobre, realne programy profilaktyczne – przeciwgruźlicze, ale też dotyczące innych chorób zakaźnych.

Na ile jest to realne?

Myślę, że bardzo realne. Uważam, że kwestia Wuhan spowoduje zmianę podejścia do chorób zakaźnych. Do tej pory szpitale oddziały, czy łóżka zakaźne były likwidowane.

Przyszedł dobry czas, by o tym mówić.

Myślę, że tak, Wuhan jest jednym z wielu elementów chorób zakaźnych… Z najwyższym szacunkiem należy się też odnieść do polskiego sanepidu, który kończy 100 lat i niezależnie, czy ktoś go lubi czy nie –  pracownicy sanepidu zrobili niesamowitą pracę, jeśli mówimy o tak dużym sukcesie epidemiologicznym w Polsce. Wiadomo, że to też sukces lekarzy, mikrobiologów, organizatorów, itd. Można tylko życzyć tak skutecznego sanepidu Ukrainie czy w Chinach – Wuhanie.

Jest pan chyba pierwszą osobą, która chwali sanepid.

Bo wiem, o czym mówię. Ja się z nimi boksuję, jeśli chodzi o wiele tematów, ale dzięki temu znajdujemy wiele kompromisów i co ważne są to dyskusje na najwyższych poziomach wspólnego dbania o dobro innych ludzi. Co więcej, bardzo często sam jestem bardziej wymagający niż sanepid. Bo mam świadomość, że moje złe decyzje mogą spowodować kogoś cierpienie albo i śmierć lub ogniska epidemiologiczne.

Czyli pomysły są, potrzeba tylko pieniędzy na ich realizację?

Pieniędzy też.

To czego jeszcze brakuje?

Kropki nad „i”.

A co jest tą kropką nad „i”?

Proszę zobaczyć, że homo sapiens wziął się za walkę o klimat, za walkę ze smogiem, ale nie za mikroby, które zaczynają wygrywać z człowiekiem. I to jest moje marzenie – żeby homo sapiens nie odrzucił problematyki chorób zakaźnych w problematyce walki o klimat. Umówmy się, plastiki wygrały z kwestią zakaźności w Polsce. Stomatolodzy mają problem z dekontaminacją sprzętu, a co dopiero ci, którzy sprzedają np. w budkach z kebabem – jak mamy do czynienia z gruźlicą, to umycie sztućców płynem do mycia naczyń nie wystarczy, potrzebne są bardzo specjalistyczne środki. Ich nie będą stosować w barach…

Słyszę, że plastikowe sztućce zastąpimy drewnianymi. Ile jednak drzew trzeba będzie wyciąć, by zastąpić ropę naftową? Przy całym trzymaniu kciuków za klimat – nie zapominajmy, że są mikroby, które prowadzą do dużych nieszczęść.

Rozmawiał Łukasz Mordarski

Reklama