Adam Jarubas: Podglądamy Kraków z nieskrywaną zazdrością i podziwem [nasz wywiad]

fot. facebook Adama Jarubasa

– Po wyjściu Wielkiej Brytanii będziemy piątym państwem w Unii Europejskiej pod względem liczby mieszkańców i mamy realną szansę, aby stać się jednym z głównych graczy. Do tego jednak trzeba umiejętności budowania kompromisu, czego nie znajdziemy u obecnie rządzących – mówi w wywiadzie dla KRKnews Adam Jarubas, wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego i kandydat do Parlamentu Europejskiego. 

Polskie Stronnictwo Ludowe zostało członkiem Koalicji Europejskiej. Czy nie obawia się Pan, że przez takie posunięcie ludowcy zatracą swoją tożsamość?

– PSL swoją tożsamość budował ponad 120 lat i jesteśmy o nią spokojni. Sama dyskusja o tym, czy tworzyć tę koalicję czy iść samodzielnie trwała w PSL-u dosyć długo. Jednak cała procedura pokazała, jak silne są nasze wartości demokratyczne i że jesteśmy dzisiaj jedyną taką formacją, w której to nie kierownictwo narzuca swoim członkom jakieś decyzje. Głosowaliśmy i zdecydowana większość opowiedziała się za tym, żeby iść razem do wyborów europejskich.

Wybory europejskie są najważniejsze z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski?

– W tych wyborach tak naprawdę chodzi o to, jaki ma być kształt integracji. O to, czy Polska ma być – a dzisiaj naszym zdaniem nie jest – w centrum procesów decyzyjnych Unii Europejskiej. To, co dzieje się za sprawą PiS-u, gdzie jesteśmy świadkami pełzającego wyprowadzania Polski z jej struktur, oceniamy bardzo krytycznie. Opowiadamy się po stronie dalszej integracji, bo rozumiemy, że tylko silna Unia Europejska może zapewnić nam bezpieczeństwo. Unia powstawała kiedyś jako projekt pokojowy i tylko w silnej, zjednoczonej Europie bezpieczeństwo Polski będzie zabezpieczone. Wszystkie formacje populistyczne, z którymi dzisiaj się PiS próbuje bratać i tworzy alianse działające na niekorzyść Unii, działają też na niekorzyść Polski.

Chce Pan zbliżać Polskę do Europy czy Europę do Polski?

– Jesteśmy w Europie od dawna. Nawet, kiedy historia rzuciła nas do wschodniego bloku, nie zatraciliśmy zachodniego myślenia. Naszym marzeniem i aspiracją wielu pokoleń jest to, by w Europie zakotwiczyć na stałe – zarówno pod względem jakości standardu życia, ale też wartości demokratycznych, samorządnych, trójpodziału władz, szacunku jeden do drugiego, wzajemnej solidarności. Za sprawą nieodpowiedzialności i nieumiejętności budowania dobrych sojuszy miejsce Polski jest na peryferiach, a chcemy, żeby powróciło do ścisłego centrum Unii.

Po wyjściu Wielkiej Brytanii będziemy piątym państwem pod względem liczby mieszkańców i mamy realną szansę, aby stać się jednym z głównych graczy. Do tego jednak trzeba umiejętności budowania kompromisu, czego nie znajdziemy u obecnie rządzących. Potrzebujemy zrównoważonego podejścia, szukania sojuszników, a nie szukania wrogów.

Będąc marszałkiem województwa świętokrzyskiego zajmował się Pan wdrażaniem polityki unijnej i absorbcją środków m.in. na rozwój infrastruktury. Co należałoby zaliczyć do Pana najważniejszych osiągnięć w tym zakresie?

– Świętokrzyskie zrealizowało inwestycje za ok. 20 miliardów złotych. Są one współfinansowane ze środków europejskich i cieszę się, że miałem swój udział w tym, by je zdobyć. Unia Europejska zawitała pod strzechy mieszkańców, do dużych miast i małych gmin, zmieniając warunki życia w dużej części naszego regionu. Dzięki funduszom poprawiły się realia funkcjonowania, dostęp do dobrej szkoły, do jakości komunikacji, do ochrony zdrowia. Unia wsparła przedsiębiorczość i stworzyła nowe miejsca pracy. Mamy świadomość, z jakiego miejsca startowaliśmy – jednego z najbiedniejszych regionów. Obecnie PKB liczone na mieszkańca, czyli wskaźnik pokazujący, jak zmienia się bogactwo regionu, wynosi 50% do 38%, kiedy wstępowaliśmy do UE. To jest olbrzymi sukces świętokrzyskiego i ciężka praca – liderowałem różnym środowiskom, bo marszałek ma rolę animatora tych procesów. Środowiska przedsiębiorców, samorządowców, organizacji pozarządowych włożyły bardzo dużo energii w te zmiany. Tylko bardzo nieżyczliwe osoby mówią, że w świętokrzyskim się nic nie dzieje.

Kraków to polska i europejska stolica kultury, jako wielka metropolia różni się od Kielc. Czy dostrzega Pan jakieś wspólne punkty tych miast? Co można zrobić, żeby je ze sobą zintegrować?

– Podglądamy Kraków z nieskrywaną zazdrością i podziwem. Ostatnio byłem u Pana Prezydenta Jacka Majchrowskiego i pytałem go, jak sobie radzicie z wizerunkiem miasta „smogowego”. Pokazano mi, że wykonano już bardzo dużo pracy! Odchodzenie od pieców węglowych z poziomu dwudziestu tysięcy do niespełna trzech to bardzo duży wysiłek i sukces miasta. Również przechodzenie na transport zeroemisyjny to dobry wzór dla Kielc. Będę przekonywał władze Kielc, żeby podglądać doświadczenia Krakowa i je wdrażać.

Na pewno Kraków ma atut kulturowy, turystyczny, a my mamy świadomość, ze trudno nam będzie nawet stawać w szranki. Poszukujemy swojej dziedziny, gdzie możemy oferować wysokiej klasy usługi. Na pewno taką branżą są uzdrowiska, które są też w Małopolsce. To, co nas łączy, to silne zasoby wód mineralnych wykorzystywane w przyrodolecznictwie. Niedawno odkryto nowe złoża w Kazimierzy Wielkiej, 40 km od Krakowa – mogą być ciekawą ofertą dla krakowian.

Sam pan prezydent Majchrowski przyznał, że często bywa w Busku i Solcu. I to jest też potencjał, który łączy. Kraków poprzez zasięg oddziaływania, liczbę mieszkańców, siłę gospodarczą, naukową, jest magnesem, który przyciąga. Duża część mieszkańców świętokrzyskiego, w tym pół mojej klasy z liceum, przyjeżdża tu na studia. Trudno będzie nam rywalizować z Krakowem, ale w swojej wadze też możemy odnosić sukcesy i niektóre wzorce kopiować w mniejszej skali. 

Na czym chciałby się Pan skupić reprezentując Małopolskę w Parlamencie Europejskim?

– Małopolska ma bardzo duży potencjał, już w wielu dziedzinach jest prawdziwym liderem. To ogromny atut, że uczelnie potrafią współpracować z biznesem. AGH jest ewidentnym liderem ogólnopolskim, aż 60% dochodów uczelni pochodzi z komercjalizacji wyników badań. Należy stawiać na dziedziny, które nieustannie będą się rozwijać – technologie informacyjne, komunikacyjne, branżę automatyki czy chemiczną. Małopolska potrafi też bardzo dobrze wykorzystywać środki europejskie. Mamy wspólne doświadczenia, takim przykładem jest most na Wiśle, który buduje Małopolska i Świętokrzyskie w Borusowej i w Nowym Korczynie.

Kluczowe dla łączenia regionów jest dokończenie S7 w kierunku Warszawy. To bardzo duże zadanie infrastrukturalne i tu potrzeba dobrego lobbingu europosłów. Minister infrastruktury, który pochodzi przecież z Małopolski, gdyby chciał, mógłby w tej sprawie zrobić zdecydowanie więcej…

Panuje przekonanie, że my, krakowianie, mamy daleko posunięte poczucie własnej wyjątkowości, jesteśmy zapatrzeni w swoje miasto, może trochę egocentryczni… Czym nas chciałby Pan przekonać? Co takiego ma w sobie Adam Jarubas, czego nie mają inni kandydaci?

– Na pewno mam duże praktyczne doświadczenie samorządowe z negocjowaniem i realizacją budżetów unijnych. W samorządzie spędziłem niemal całe swoje dorosłe życie – nie tylko 12 lat byłem marszałkiem województwa, wcześniej była rada powiatu buskiego. To władze pierwszego kontaktu, to tutaj ludzie przychodzą z problemami – a ja zawsze byłem blisko ludzi, to mnie napędzało.

Znam ich problemy. Wiem, jak im pomagać. Wiem, jak wdrażać programy. Przez dwie siedmioletnie kadencje negocjowałem z Komisją Europejską jako przedstawiciel władz regionalnych. Wiem, jak to się robi. Wszyscy chcemy zjednoczonej Europy. Wszyscy chcemy, żeby budżet na duże, infrastrukturalne projekty jak S7 czy na projekty społeczne był należyty. Nie wszyscy wiedzą, jak się ten budżet realizuje. Ja to wiem i myślę, że to jest duża wartość kompetencyjna, jaką oferuję mieszkańcom obu regionów. Jestem i nadal będę w Krakowie często. Mam tu wielu przyjaciół i znajomych i trochę znam tę krakowską duszę, o której tak wiele się mówi.

Spodziewa się Pan większej rywalizacji z PiS-em czy na samych listach Koalicji Europejskiej?

– Na pewno pierwszym frontem jest walka między dwoma ugrupowaniami o charakterze koalicyjnym, bo pamiętajmy, że PiS to też jest koalicja złożona z kilku podmiotów i w tym okręgu tradycyjnie licząca na dużo głosów. Nasi przeciwnicy są mocni, ale stawiamy do dyspozycji też bardzo mocnych kandydatów. Aspekt rywalizacji wewnętrznej niewątpliwie będzie i tu każdy z nas, startujący z listy koalicji, musi włożyć maksymalny wysiłek. Dołożymy wszelkich sił, wylejemy mnóstwo potu, wysiłku w terenie, a kto będzie wybrany – zdecydują na szczęście wyborcy.

Na liście znajdujemy dwa rozpoznawalne nazwiska mocno kojarzone z województwem świętokrzyskim – Pan i Andrzej Szejna. Kto komu zabierze głosy? Co ma Pan do zaoferowania wyborcom lewicy, co przekona ich do oddania głosu na Pana, a nie konkurenta z listy?

– Każdy ma swoje atuty. Trzeba pamiętać, że Andrzej był już kiedyś europosłem. Ma doświadczenie i na pewno swoje głosy zbierze. Ja będę zabiegał o poparcie wszystkich wyborców, bo tu chodzi o ludzi, którzy po prostu potrzebują normalności. Dotychczasowe działania PSL-u, Władysława Kosiniaka – Kamysza pokazują, że PSL się zmienił. Nie jest już tylko partią jednego środowiska – rozszerzamy się i mamy ofertę dla każdego. Realizujemy postulaty socjalne i wolnościowe. Moje doświadczenia z wyborów samorządowych pokazały, że duża część wyborców lewicowych głosowała na PSL i na mnie osobiście. Uznawali oni, że w ofercie zrównoważonej, zdroworozsądkowej, w sposobie łączenia, a nie dzielenia, jestem godny zaufania. Mam nadzieję, że tak też będzie tym razem.

Czy ma Pan wrażenie, że PSL staje się partią modną dla ludzi młodych?

– Pokazują to chociażby wyniki wyborów samorządowych, gdzie w miastach na PSL zagłosowało więcej młodych osób. Przełamujemy pewne tabu i barierę stereotypu, który przez lata przykleił się do PSL-u. Jest w tym duża zasługa naszego prezesa, młodego lekarza, co też znosi tradycyjny wizerunek. Władek nie ma długich wąsów (śmiech). Ktoś kiedyś namalował taki portret ludowca – był to starszy człowiek z długimi wąsami, takimi „witosowymi”… Oczywiście są tacy działacze, ale są też ludzie młodzi, reprezentujący różne grupy społeczne, zawody. Nasz prezes dokonał tutaj „mission impossible” i przełamał stereotypowe podejście w postrzeganiu PSL-u.

Na ile mandatów PSL liczy?

– Chcielibyśmy przynajmniej obronić ten wynik, który mamy, czyli cztery mandaty. Startujemy w szerszej formule i myślę, że jest na to szansa. O tym na pewno zdecyduje też frekwencja – zapewne wyższa niż ostatnio.

Przez lata pracy dla samorządu udowadniał Pan, że najważniejszy jest rozwój lokalny. Co chciałby Pan powiedzieć tym, którzy ponad to stawiają dyscyplinę partyjną?

– Chciałbym im pokazać swoje doświadczenia z pierwszej kadencji sejmiku. Miałem 32 lata, zostałem najmłodszym marszałkiem w Polsce i pracowałem w koalicji z udziałem PiS, PO i PSL. Wówczas pokazywaliśmy, że PSL może być w środku takim „connecting people” i to się udawało. Wtedy o współpracy decydowały niekoniecznie różnice partyjne, a raczej wizja rozwoju. Później było coraz gorzej. Spotykamy się w rocznicę tragedii smoleńskiej – ona była punktem krytycznym, który spowodował, że polityka stała się walką plemion, gdzie nie bierze się jeńców. Gdzie trzeba – jak się atakuje – próbować zabić przeciwnika. I zeszła na bardzo niski poziom. Przez to teraz trudniej nam realizować cele wspólnotowe, ogólnopolskie. Zresztą jakość wspólnoty też drastycznie nam się pogorszyła.

To jest wielkie wyzwanie i samorząd może być taką przestrzenią, gdzie – jeśli trafią tam odpowiedzialni  liderzy – będą umieli współpracować. Którzy powiedzą, żeby różnice zostawić na boku, a rozmawiać  o konkretach. Możemy poróżnić się w parlamencie, dyskutować o sprawach ideologicznych, ale w samorządzie trzymajmy się razem, bo przecież drogi i chodniki nie mają kolorów partyjnych. Warto apelować o to cały czas.

Czy takie apele będą skuteczne?

Pewnie będzie bardzo trudno, bo niektórzy poza walką nie widzą innego sposobu na funkcjonowanie w polityce, a to jest bardzo złe. Tutaj nie wolno łatwo oddawać pola. Trzeba narzucać i proponować pewne standardy, sięgnąć do źródeł samorządu. Ja pamiętam, że można było takie wartościowe relacje  tworzyć – wówczas wydawało się egzotyczne koalicje – ale które przynosiły skutek. Mieliśmy w Świętokrzyskiem dwie partie opozycyjne w koalicji, jedną rządzącą i premiera Gosiewskiego, który pomagał nam od czasu do czasu zrealizować jakieś ważne projekty. To jest wykonalne, ale trzeba mądrości po obu stronach.

Informację o programie 500 + dla zwierząt wielu z nas przyjęło z pewnym niedowierzaniem. PiS rozdaje pieniądze, których jeszcze nie ma? Jakie będą tego konsekwencje?

– PiS zaczął obiecywać tak wiele, że zatracił się w kolejnych „piątkach”. Zaczął wchodzić na obszary, gdzie jeszcze nie ma pieniędzy wynegocjowanych. Propozycje, które poznaliśmy – bo chodziło o środki europejskie – są zdecydowanie gorsze, niż gdy my negocjowaliśmy. Rozdaje miraże, jeśli chodzi o programy dotyczące rolnictwa. A te dofinansowania w formie, w której premiują nie tylko dopłaty obszarowe, ale również dopłaty do produkcji w zależności od wielkości stada, są. Jarosław Kaczyński nie wymyślił niczego nowego. Co więcej, jeśli ktoś nastawi się na tzw. rodzime rasy czy koni czy krów i wdraża programy rolnośrodowiskowe, czyli rolnictwa ekologicznego, nie przemysłowego, otrzymuje wyższe dopłaty niż te, o których Kaczyński wspomniał.

Natomiast najbardziej razi forma podania – gdyby mówił o tym minister rolnictwa, gdyby powiedział w szczegółach, jak to sobie wyobraża… A nie prezes, który wyszedł na scenę i obiecał idylliczną wizję – że w zasadzie trzeba mieć tylko te krówki, świnki… Ludzie zobaczyli te pieniądze, których nie ma! A obok stoją nauczyciele, którzy nie mogą się doprosić kilkuset złotych dla siebie. To zestawienie tych dwóch faktów wyszło fatalnie. Myślę, że odbije się to sondażowo PiS-owi i będzie to widoczne. Na pewno nie pomogło dojść do porozumienia z nauczycielami.

Od razu pojawiły się głosy, że na krowy jest, a na postulaty płacowe nie, bo nauczyciele to nie jest elektorat PiS-u.

– PiS ewidentnie z kolejnymi „piątkami” analizuje grupy, które może zaktywizować wyborczo. Dla każdego coś dobrego, ale dla niepełnosprawnych, dla nauczycieli – nie. Dlatego PSL zaproponował Pakiet Społeczny Ludowców, w którym grupy pominięte przez rządzących ujęliśmy. PiS mówi, że są środki ze wzrostu gospodarczego. Później słyszymy, że jednak budżet trzeba znowelizować i pójść w większe zadłużanie. Skoro w okresie prosperity gospodarczego jest realizowane zadłużenie państwa, to co będzie, kiedy wskaźniki gospodarcze się pogorszą?

Ewidentnie te grupy, które nie procentują wyborczo, zostały pominięte. Widać to też przy emerytach. Zamiast wdrażać systemowe rozwiązania proponuje się świadczenie w myśl zasady, że damy wam w tym roku, a jak zagłosujecie na nas to będzie jeszcze premia w przyszłym roku i w latach kolejnych. To jest ewidentna korupcja wyborcza. Proponujemy rozwiązanie systemowe – emerytura bez podatku, co da dwa razy większe korzyści dla emerytów, którzy zapłacili podatki. To jest dla nas probierz dobrej woli, a nie cyniczne podejście do kupienia głosów. Maj jest nieprzypadkowy.

Obecnie wartość bycia Polski w UE jest przez niektóre środowiska deprecjonowana, podważa się sens bycie we wspólnocie, bagatelizowane są płynące z tego korzyści. Z czego to wynika, że PiS i partie eurosceptyczne z jednej strony odciągają nas od wspólnoty, umniejszają to, co z niej dostajemy, a z drugiej strony dają propozycje płynące wprost z unijnego budżetu nie wyzbywając się retoryki, że UE nie daje nam prawie nic.

– Ja się obawiam, i mówię to bardzo poważnie, że od takiego stwierdzenia, jakiego kiedyś użył pan prezydent Duda, że Unia to taka wyimaginowana wspólnota, z której niewiele wynika, do przekonania, że skoro niewiele z niej wynika, to sobie wyjdźmy, naprawdę jest mały krok. Pokazuje to Brexit i takie rozbrajanie miny zapalniczką, którego jesteśmy świadkami w Wielkiej Brytanii. Podobnym sposobem idzie PiS. Kiedy czytam przekazy chociażby ze spotkań z panem ministrem Jakim, to tam jest 90% takiego „jechania” na Unię Europejską. Obawiam się i ryzykuję powiedzieć, że gdyby na koniec takiego spotkania zorganizować ankietę wśród uczestników, co sądzą o wyjściu z UE, to 70-80% mogłoby pod wpływem tego, co usłyszeli, podjąć taką decyzję. I to jest szkodliwe dla Polski, dla naszej obecności, dla bezpieczeństwa.

To jest dualne, fałszywe z gruntu podejście, że z jednej strony mówimy – kasa tak, ale solidarność i wspólne projekty – nie. Unia Europejska to nie tylko pieniądze, które płyną w jedną stronę. Eurosceptycy kombinują, z kim się dogadać w Unii – czy z hiszpańskimi populistami, czy z Salvinim we Włoszech czy z Marine Le Pen, którą minister Waszczykowski pojechał wspierać w kampanii prezydenckiej… To jest ryzykowna gra i to jest to, co nas zasadniczo odróżnia od tego środowiska – z bezpieczeństwem Polski i z naszym trwałym zakotwiczeniem na zachodzie nie można igrać. Może się okazać, że osłabianie Unii będzie oznaczać wepchnięcie nas w ramiona Putina i to zrobią ci, którzy najbardziej teoretycznie przed Putinem nas przestrzegają.

Dlaczego podjął Pan decyzję o kandydowaniu? To wiąże się z całkowitą zmianą stylu życia.

– Po 12 latach pracy jako marszałek uznałem, że warto podjąć kolejny krok, kolejne wyzwanie. Czuję, że zgromadziłem już wiele doświadczeń, które mogą się przydać obu regionom. Mam wielu znajomych, przyjaciół w Krakowie. Wielu moich kolegów, koleżanek z liceum tutaj pozakładało rodziny. Myślę, że mogę być dobrym reprezentantem tego regionu. Jeżeli uda mi się zdobyć mandat będę wkładał wiele serca w to, żeby tutaj dobrze pracować.

Gdzie się Pan widzi za 5 lat?

– To nieskromnie by zabrzmiało (śmiech). Mam nadzieję, że będziemy dalej w Unii. Idę po to, żeby bronić dalszej polskiej obecności. Żebyśmy mogli dalej żyć w świecie cywilizacji zachodniej, a nie wschodniej, do której nas prowadzą koledzy z PiS-u.

Martyna Nowakowska

Zobacz także