Co z bezdomnymi w centrum Krakowa? „Nie sikam nikomu w kącie pokoju”

– Czy życzyliby sobie Państwo, by nagle ktoś wszedł do Waszego mieszkania, zdjął portki i defekował w kącie? Potem wyjął z barku flaszkę, wypił i usnął na środku salonu? Naprawdę nadstawilibyście drugi policzek i zaprosili kolegów Pana Żula? – pisze w felietonie dla KRKnews Miastoman.

Może jestem już za stary, może zbyt dobrze wychowany, a może po prostu nie wykazuję się odpowiednią asertywnością – ale zazwyczaj, kiedy idę do kogoś w odwiedziny, nie sikam mu w kącie pokoju. Tymczasem dyskusja, jaka przetacza się przez media za sprawą pomysłu radnego Łukasza Wantucha, za wszelką cenę stara się udowodnić mi, że właśnie takie zachowanie powinno stanowić normę, a ja – jako potencjalny gospodarz – powinienem się jeszcze z tego cieszyć.

Pytanie od hordy

Lubię pomysły radnego Wantucha. Zawsze, kiedy coś publicznie ogłosi rozkręca się tzw. gównoburza, bo sprawa zwykle jest kontrowersyjna, zaś dyskutanci mocno się polaryzują i kłótnie idą na noże, a – co zresztą ciekawe – zaangażowani są w nie również najwyżsi przedstawiciele miejskich władz, redaktorzy-moralizatorzy krakowskiej prasy i innej maści autorytety czy tzw. aktywiści. Nie inaczej jest tym razem, w kontekście pomysłu pana Łukasza na usunięcie bezdomnych z Plant, tudzież wydawanie im posiłków w zamian za wykonaną społecznie pracę.

Zacznę jednak od Wianków i fajerwerków. Media grzmią, że spotkały się one z falą krytyki, że facebookowe profile organizatora czyli KBF, prezydenta, tudzież pomniejszych mediów puchły od słów potępienia i obrony bębenków słuchowych oraz systemów nerwowych naszych braci mniejszych. Konia z rzędem temu, kto policzył ile tych głosów oburzenia było. Sto? Dwieście pięćdziesiąt? Sześćset? To i tak nic w porównaniu z hordą (50 tysięcy? 100 tysięcy?) ludzi, która obserwowała pokaz sztucznych ogni na bulwarach, doskonale się bawiła i pytała: „Dlaczego tak krótko?”.

Kto śmie podnieść rękę?

Sytuacja wydaję się być podobna, jeśli mowa o bezdomnych i pomyśle Wantucha. Do mikrofonów, piór i klawiatur rzucili się ci, którzy w obronie biedaczków stanęli. Czytam jaki to Wantuch zły, bo chce wyrzucać ich ze ścisłego centrum, bo – ho, ho – taki z niego esteta, że razi go krzywda ludzka, że nie potrafi pochylić się nad problemem bezdomności, i w ogóle jak śmie podnosić rękę na akcję wydawania jedzenia na plantach, bo oni tam przynajmniej coś robią, a on nic. I tak dalej, i tym podobniej – więcej argumentów znajdą Państwo w zasadzie w każdym tekście potępiającym pomysł radnego.

Nie widzę za to nigdzie głosu tych, którzy myślą jak Wantuch. Nie czytam tekstów dziennikarzy o tym, że rzeczywiście, może kiepski w szczegółach, ale w ogólnym zamyśle pomysł jego jednak jest niezgorszy? Głosy wspierające widzę tylko w komentarzach pod światłymi tekstami jaśnie oświeconych dziennikarzy i polityków. No więc znów, jak w przypadku Wianków – najgłośniejsza jest garść wspierających, rzeszy myślących podobnie nie widać.

Zapytam więc w ich imieniu – gdzie Wantuch napisał, że owych pensjonariuszy plant należy eksterminować (a to wręcz mu się zrzuca)? Napisał jedynie, że należy usunąć ich ze ścisłego centrum miasta, gdzie zachowują siew sposób urągający godności. Bo – wracając do wizyty u Państwa w domu – czy życzyliby sobie Państwo, by nagle ktoś wszedł do Waszego mieszkania, zdjął portki i defekował w kącie? Potem wyjął z barku flaszkę, wypił i usnął na środku salonu? Naprawdę nadstawilibyście drugi policzek i zaprosili kolegów Pana Żula?

Ale oczywiście, tutaj w grę wchodzi pojęcie własności. My home, my castle. Mój dom, moja twierdza. Tymczasem takie planty? Przecież to niczyje. Niech się władze miasta martwią, jeśli coś nie tak. Ja się nie czuję gospodarzem, ja najwyżej odwrócę wzrok, przejdę zatykając nos i ponarzekam, że NIKT NIC NIE ROBI. Przecież to nie moje miasto. To miasto mitycznych „ich”, więc niech „oni” się tym martwią.

Matoły z pomocy społecznej?

Zapytam również miłośników i obrońców „Zupy na Plantach”, którzy złośliwie pytają czy Wantuch kiedykolwiek, cokolwiek dla bezdomnych zrobił. Zapytam tak: Czy zdając sobie sprawę, że bezdomność Waszych klientów (bo nawet nie wiem jak ich nazwać), wynika z wielu czynników, tylko ją utrwalacie? Że mądra pomoc osobom w kryzysie nie polega tylko na rozdawnictwie? Powiedzcie – ilu bezdomnym przychodzącym na zupki i kanapki udało się pomóc wyjść z kryzysu? Ilu dzięki temu się usamodzielniło, stanęło na nogi? A w jakiej rzeszy tylko wzmocniliście przekonanie, że zawsze znajdzie się darmowe jedzenie, darmowe ubranie, darmowe środki czystości. Więc nie ma co się starać, kasa jaką się skombinuje można przeznaczyć na alkohol, i jakoś to będzie.

Dlaczego pomoc innych instytucji nie polega na wychodzeniu do centrum miasta z garncem polewki? Czy tylko Wy wpadliście na tak genialny pomysł, a cała reszta instytucji pomocy społecznej to matoły, co nic nie potrafią?

Tak, uważam, że należy tym ludziom pomóc – jeśli tej pomocy zechcą. Na trzeźwo. Mądrze. Nigdzie, w żadnym tekście stającym w obronie Pań i Panów Żuli na Plantach nie widziałem żadnej recepty na to. Tylko samozadowolenie wynikające z odbywającej się raz na tydzień akcji rozdawania czegoś, na co inni zapracowali.

Miastoman

Teksty publikowane w dziale Publicystyka są prywatnymi opiniami autorów. Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami lub wyrazić swoje zdanie na naszym portalu? Napisz: redakcja@krknews.pl

Najnowsze

Co w Krakowie