Janina Paradowska: Kraków był jej oazą, uwielbiała obwarzanki

Musisz przeczytać

Janina Paradowska z Krakowem była związana całe swoje życie. Chętnie do niego wracała, bo miała tu swoich najbliższych. W piątą rocznicę śmierci wybitnej publicystki miasto Kraków nadało jej imię skwerowi przy ulicy Łobzowskiej. O pasjach, genach i rozczarowaniach Pierwszej Damy polskiego dziennikarstwa z jej bratankiem, Janem Paradowskim rozmawia Martyna Nowakowska.

– Mogłaś być stażystką w Polityce, a Ty poszłaś do Kuriera – powiedział Pana tata cioci Janinie, kiedy stawiała pierwsze kroki zawodowe…
– Ciocia na pogrzebie mojego taty podkreśliła, że odszedł ostatni prawdziwy humanista, jakiego znała. Nie miała na myśli humanizmu rozumianego przez to, że ktoś lubi czytać książki, a taki, za którym stoi wiedza i skłonność do analizowania, wręcz matematyczna. Ciocia była bardzo silnie związana z moim tatą. On szybko uzyskał samodzielność, ale był tym starszym bratem, na którym zarówno ona jak i ciocia Ewa bardzo się wzorowały. Był dla nich silnym autorytetem, bo miał wiedzę i sposób postrzegania świata, który wywierał na nich wielkie wrażenie. I ciocia już później, gdy osiągnęła swój wielki zawodowy sukces niesamowicie tatę za to ceniła i szanowała. Chociaż nigdy nie mówiła tego wprost. Nigdy nie powiedziała nam jako dzieciom – „słuchajcie taty, bo jest naprawdę bardzo mądrym człowiekiem” – ale dało się wyczuć ten ich silny związek. Ona doskonale rozumiała, kim był tata. Rozumiała tę jego artystyczną, ale też matematycznie precyzyjną duszę.

– Sama nią była. Chciała zostać aktorką i to było jej niespełnione marzenie, zresztą nawet jej pierwsza książka nosiła taki tytuł. Kapituła nagrody Grand Press, którą otrzymała dała jej szansę zagrania na deskach teatru w spektaklu „Nie teraz, kochanie”. I pięknie zagrała!
– Zagrała, zrobiła furorę. Ciocia była przeszczęśliwa, prezent trafiony w dziesiątkę, spełniło się wielkie marzenie. Na prośbę publiczności spektakl nawet powtórzono. Często o tym mówiła, była zachwycona, jednak… (śmiech) wspominała i tylko troszkę miała żal, że zamiast oceniać jej aktorstwo wszyscy rozpisywali się o tym, jakie ma długie i proste nogi. Lubiła być chwalona, ale nie w sposób pusty. Robiła swoje, wymagała od siebie i ciężko pracowała.

– Po wojnie Wasza rodzina przeniosła się z Zabrza do Krakowa. To była duża trauma, przedwczesna śmierć ojca, problemy finansowe. W wywiadach Pana ciocia opowiadała, jak doszywała guziki do swetrów, które dziergała jej mama.
– Na Śląsku przenikały się kultury. Mieli pomoc domową, o korzeniach niemieckich, która po wojnie bardzo straszyła, że zaraz przyjdą Niemcy odebrać swoje ziemie i wymordują wszystkich Polaków. Moja babcia była przerażona tym faktem i po pewnym czasie uległa presji wymuszając na swoim mężu przeniesienie się do Krakowa. Zbiegło się to z przedwczesną śmiercią dziadka. Babcia została sama z dziećmi bez środków do życia, pracując za marne grosze, dorabiała szyjąc swetry, w czym obie ciocie pomagały. I ta przedwczesna śmierć dziadka była dla nich gigantycznym ciosem i myślę, że miała bardzo duży wpływ na ciocię. Wpłynęło to na potrzebę zdobywania pewnej pozycji i determinowało jej zachowania również w kontekście potrzeby dobrego ubierania się, biżuterii, dbania o własny wygląd. Po latach przynosząc do domu nowe torebki czy kostiumy mówiła czasami, że najwyżej zostawi nam mniej w spadku (śmiech).

– Zapracowała sobie na to. Zresztą pracowitość to słowo – klucz w jej życiu, była na jej punkcie wyczulona.
– Jak zauważyła, że jestem pracowity na korcie, to bardzo mi pomagała w życiu tenisowym. To, że mogłem kontynuować grę, to była jej gigantyczna zasługa. Na studia medyczne też w dużej mierze dostałem się dzięki cioci. Późno podjąłem decyzję, miałem tylko rok na przygotowanie się do egzaminów wstępnych i ciocia sponsorowała mi korepetycje, bez których nie miałbym żadnych szans. To było znamienne – nigdy nie pomagała załatwiając jakieś sprawy, wykorzystując koneksje, natomiast bez wahania wspierała nas finansowo.

– Był pan jej bratnią duszą.
– Cieszyła się, że chciałem zrobić coś prestiżowego w rozumieniu tego dzisiejszego świata, który ona poznawała w miarę osiągania swojego zawodowego sukcesu. Medycyna była kierunkiem, który wzbudzał jej szacunek. Naszą wspólną pasją była opera i teatr. Ciocia wielokrotnie zabierała mnie ze sobą, poznawałem przy niej wybitne osobistości ze świata kultury czy polityki i przedstawiając mnie zawsze mówiła, że to jest jej bratanek, który studiuje medycynę. I za każdym razem robiła to z wielkim namaszczeniem wymagając od innych, żeby z uznaniem kiwali głową (śmiech).

– Kibicowała obranej przez Pana drodze, bo Jej bardziej „do zdobycia” wydawały się klimaty artystyczne. Z takimi ludźmi się przyjaźniła, to była jej codzienność, dlatego odbierała temu walor wyjątkowości. Rodzinny, krakowski dom był pełen artystów, tam tworzyły się scenariusze Piwnicy pod Baranami.
– To prawda, wiele wybitnych artystów tamtych lat regularnie bywało u mojego taty w ich rodzinnym domu. Młoda ciocia była tym zafascynowana. Teraz mój starszy brat jest z wykształcenia pianistą, młodszy aktorem. Im też bardzo kibicowała i chciała, żeby rozwijali się w swojej pasji. Zawsze służyła pomocą, gdy ją o coś pytaliśmy. I niepytana też wypowiadała swoje zdanie na temat naszych zachowań czy pomysłów. Potrafiła swoje osądy wypowiadać bardzo ostro, natomiast nigdy nie krzyczała, nigdy też nie wymuszała podjęcia przy niej decyzji.

– Rozumiała, że żeby być szczęśliwym, należy żyć pasją. Jej miłością była polityka, ale przejawiała też pasję do szybkiej jazdy samochodem!
– Jak w życiu, tak i za kierownicą była bardzo dynamiczna (śmiech). Jej siostra z mężem mieszkała w Kanadzie. Ciocia Janka z wujkiem Jurkiem pojechali do nich na wakacje, wynajęli samochód i w czwórkę pojechali do USA. W naszej rodzinie krążą historie, jak to ciocia Janina z prędkością dwustu kilometrów na godzinę przemierzała amerykańskie, na szczęście niemal puste trasy w drodze do Vegas. Bardzo to lubiła. Ale nigdy nie szalała za kółkiem, choć zawsze trzymała silnik na wysokich obrotach!

– Uwielbiała też literaturę i sztukę. Mówiła, że z upływem lat obawia się tego, że nie zdąży przeczytać wszystkich książek, które znajdują się obok jej łóżka…
– Przypomniała mi Pani obraz łóżka cioci. Zawsze starannie zaścielonego, przy którym na podłodze zawsze leżała nie jedna książka, lecz kilkanaście. I mimo tego, że ciocia czytała bardzo dużo, ten stos był zawsze taki sam. Jedne książki szybko znikały, ale na ich miejsce tak samo szybko pojawiały się nowe.

– Kiedy się spotykaliście, salon zmieniał się w miejsce politycznej debaty?
– Nigdy nie zatruwała naszego rodzinnego świata polityką. Nie unikała dyskusji, gdy o to pytaliśmy, bardzo chętnie odpowiadała, ale tak naprawdę jej zdanie było znane z felietonów i artykułów. Ja nie byłbym dobrym partnerem do takich rozmów, czasami tata, kiedy jeszcze żył i mój brat Paweł poruszali z nią na takie tematy. Doskonale umiała rozdzielić swoją pracę zawodową od rodziny.
Od dziecka przyjeżdżałem do cioci na turnieje tenisowe, spędzałem z nią bardzo dużo czasu i ten czas turniejów w Warszawie był dla mnie fantastyczny. Ciocia Janka zawsze była przygotowana na mój przyjazd, częstowała wspaniałym jedzeniem, zawsze o mnie dbała. Zostawiała mi (w tamtych czasach!) telefon komórkowy, żebym koniecznie zadzwonił i powiedział, jakie mam dalsze plany, kiedy zagram mecz, kiedy ma mnie odebrać. Kiedy już wszystko przygotowała, mówiła, że teraz musi iść napisać artykuł… Znikała w swoim pokoju, choć oczywiście była dostępna i można było do niej wejść, ale czułem, że jej świat polityki jest oddzielony od całej reszty.

– Kiedy wyobrażam sobie Pana ciocię, przed oczami mam dekadencki obraz – nadającej ton rozmowy, mocno gestykulującej, z obowiązkowym papierosem w dłoni, w szerokim towarzystwie.
– Ciocia Janka prowadziła takie dyskusje, uwielbiała się spotykać, była głodna innych. To też stanowiło wielkie spoiwo cioci z jej drugim mężem, Jurkiem, gdzie ten aspekt fizyczności chyba nie był kluczowy. Raczej wnętrze, uczucia, inteligencja i możliwość rozmowy.
Oczywiście lubiła narzucać ton i nie znosiła, gdy ktoś podważał jej zdanie. Nałożyłbym jednak na to jeszcze drugi aspekt, którego nie zna nikt poza rodziną. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że za tą osłoną oschłej, surowej osoby kryła się dla nas bardzo dobra ciocia. Była bardzo ciekawa tego, co się u nas dzieje, jakie mamy problemy, jak je rozwiązujemy. Tutaj w domu, dla nas była zupełnie inna. Ten świat polityki i dziennikarstwa schodził na drugi plan.

– Usuwała go w cień, żeby Was dobrze wychować?
– Nie myślałem o tym, na ile ciocia czuła się odpowiedzialna jako głowa rodziny po śmierci mamy i później taty za nasze losy, natomiast zawsze, również gdy rodzice żyli, była nami bardzo zainteresowana. W rodzinie zawsze są spory, problemy, kwestie do rozwiązania – ciocia zawsze słuchała i była aktywna. Zresztą do załatwiania pewnych rodzinnych kwestii używała mnie bardzo często jako zbrojnego ramienia.

– Pielęgnowaliście w sobie te same geny…
– Z racji tego, że nigdy nie bałem się powiedzieć tego, co myślę i potrafiłem dość konkretnie argumentować, to ciocia – o czym ja z perspektywy czasu się zorientowałem – umiejętnie mnie „wykorzystywała” (śmiech). Lubiła najpierw prowadzić rozmowy na jakiś nurtujący ją temat, potem uznawaliśmy, że trzeba sprawę definitywnie rozwiązać. Po czym przy wspólnym stole dosyć radykalnie podnosiłem pewne kwestie i wygłaszałem moje, a raczej nasze zdanie. Ciocia się wtedy niewiele odzywała, wręcz czasem nawet łagodziła te spory, ale zawsze stawiała na swoim. Bo ciocia w swoich działaniach była niesamowicie skuteczna. Jeżeli na czymś jej zależało, to to osiągała.

– Może to właśnie było to minimalne przeniesienie pracy na grunt domowy, kiedy w odpowiedni sposób moderowała dyskusję i sprowadzała ją na właściwe tory.
– Może! Ciocia lubiła, gdy jej zdanie jest szanowane i realizowane. Ja nie umiałbym wskazać sytuacji w której nie miała racji, a nie zajmowała definitywnego stanowiska nigdy w błahych sprawach. Gdy wyrażała swoją opinię to były to ważne sprawy, ale wtedy tak samo jak w swojej profesjonalnej pracy dziennikarskiej miała je niesamowicie przemyślane i precyzyjnie wyrażała swoje myśli. Z którymi trudno było się nie zgodzić…

– Mówiła, że nie było lepszych czasów niż te, w których przyszło jej żyć.
– Te słowa cioci bardzo mi utkwiły w pamięci. Mówiła to w czasach, kiedy jeszcze uważałem, że nic złego obecnie się nie dzieje, że są normalne. Innych nie znałem. Powiedziała wtedy coś takiego, że współczuje nam i naszym dzieciom, że będziemy żyli w zupełnie innym świecie. W jej rozumieniu – świecie bardzo niepewnym, nieprzewidywalnym, który się drastycznie zmieni i będzie kierował się zupełnie innymi mechanizmami, niż ona znała. Ciocia musiała sobie radzić w sytuacji niestabilnej materialnie, z trudem dochodziła do swojej pozycji jako dziennikarki politycznej, ale mimo wszystko uważała, że żyła w cudownych czasach, bez wojny. Była świadkiem niesamowitych zdarzeń – zarówno politycznych jak i przemian społecznych, zwłaszcza w Polsce, ale również w Europie i na świecie. Osiągnęła sama, zaczynając od zera, duży sukces nie tylko dziennikarki, ale również finansowy, co pozwoliło jej na korzystanie z uroków świata. Staliśmy się wszyscy, a zwłaszcza ciocia – z jej wiedzą, otwartym humanistycznym umysłem – takimi prawdziwymi obywatelami demokratycznego, ułożonego, względnie spokojnego świata. A widoczny teraz populizm, zbeszczeszczenie wartości i autorytetów, ale też przedsionek światowych zmian wielkich przemian, dostrzegła dużo wcześniej zanim pisały o nim gazety i mówiła telewizja.

– Frustrowało ją to?
– Z perspektywy czasu myślę, że dwie sytuacje miały bardzo duży wpływ na to, że ciocia zaczęła gasnąć. Z jednej strony sytuacja globalna – świat, który ona znała i kochała, odchodził w jej rozumieniu nieodwracalnie w zapomnienie. Z drugiej – ówczesna polska sytuacja polityczna. Ciocia Janka przeżyła wiele różnych rządów i wiele widziała, ale nie mieściło jej się w głowie, że można bezpruderyjnie łamać kanony demokracji i państwa prawa, a rządzić mogą całkowicie nieprzygotowani do tego ludzie. Że można w żywe oczy kłamać, opluwać, niszczyć, nie mając merytorycznego przygotowania i wiedzy. Mogła spierać się z każdym i o wszystko. Szanowała inne zdanie, choć się z nim nie zgadzała. Ale dyskusja kulturalnych osób musiała przebiegać merytorycznie, były granice przyzwoitości. W jej oczach te granice zostały przekroczone. To ją chyba wykańczało.

Jan Paradowski – lekarz PZPN, specjalista w ortopedii i chirurgii, diagnosta USG, specjalizuje się w terapii komórkami macierzystymi. Jest absolwentem Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest właścicielem Paradowski Medical Group sp. z o.o., która posiada placówkę medyczną Sport-Med w Krakowie przy ulicy Miłkowskiego 11A i przy ul. Krowoderskiej 17. Przez ponad 10 lat był profesjonalnym tenisistą. Po zakończeniu kariery zawodniczej dwukrotnie Mistrzem Świata Lekarzy w tenisie ziemnym w latach 2010 i 2011.

– Pamięta Pan ten dzień, w którym ciocia nie przyszła do radia?
– To był dla nas wielki szok. Ciocia przynajmniej od dziesięciu lat mówiła, że cały czas jest zmęczona i że już dłużej nie da rady. Tak mówiła, ale dalej funkcjonowała na bardzo wysokich obrotach i zupełnie ich nie zwalniała… Informacja o śmierci cioci spadła na nas jak grom z jasnego nieba i nikt się tego nie spodziewał. Dowiedziałem się o tym telefonicznie od brata. Antek mieszka w Warszawie i nie usłyszawszy cioci w poranku TOK FM zaczął do niej dzwonić, a gdy nie odebrała telefonu… Zawsze odbierała. Chociaż ja z perspektywy czasu mam wielki żal do siebie, że dzwoniłem za mało.

– Ta trauma dotyka chyba wszystkich, którzy tracili swoich bliskich. Z perspektywy czasu zawsze o tym mówimy, mamy wyrzuty sumienia, ale to często nie jest racjonalne. Zazwyczaj daje się z siebie w takich relacjach tyle, ile w tym konkretnym momencie może się dać. Sama często myślę, że za mało… A gdy ochłonę uświadamiam sobie, że na tym etapie po prostu nie dało się więcej.
– Mam takie subiektywne odczucie, że to ciocia więcej razy dzwoniła do mnie niż ja do niej. A przecież to ona była sama, ja miałem rodzinę… Moim marzeniem było odpocząć, pobyć z dziećmi i może przez to zaniedbywałem trochę i rodziców, i relacje z ciocią. Ale zawsze mi się wydawało, że jeszcze jest czas. Nic się nie dzieje, tata żyje, ciocia ma się dobrze, więc jak nie porozmawiamy dzisiaj, to zadzwonię jutro czy pojutrze i też będzie w porządku. Dziś wiem, że się pomyliłem.

– Ona o śmierci mówiła w prostych słowach.
– Tak, od lat mówiła o zmęczeniu, w żartobliwych słowach, że żyje już na koszt spadkobierców. To trwało tak długo, że nikt na to nie zwracał uwagi. Uśmiechaliśmy się, kiwaliśmy głową, przechodziliśmy do innych tematów.
Kiedy ciocia odeszła, najpierw wpadliśmy w wir organizacji jej pogrzebu, potem musieliśmy uprzątnąć mieszkanie, zrobić porządek w dokumentach. Ta praca tak nas pochłonęła, że nie rozmawialiśmy o samej tragedii. Nadal niesamowicie mi jej brakuje, tych rozmów, osądu sytuacji, możliwości posłuchania jej zdania na bardzo różne tematy. Naprawdę codziennie o niej i rodzicach myślę. Mam więc tylko nadzieję, że jestem chociaż cząstką ich emocji i wartości.

– Bo kiedy już spakujemy te kartony to pozostaje pustka i często zastanawiamy się: a co ona na to, co by zrobiła, czy by jej się to podobało… I myślę o tym w kontekście mediów, bo Pana ciocia posługiwała się szalenie wysublimowanym, ale ostrym językiem. Co powiedziałaby na język teraz obecny w dyskursie publicznym, wręcz kolokwialny? Na to, że niektórzy dziennikarze nie potrafią niczego powiedzieć bez słuchawki w uchu, bo utrata słuchawki oznacza utratę wątku…
– Złamanie wszelkich barier przez partię rządzącą również w tym dyskursie zaczęło ją wyniszczać. Jej się to nie mieściło w głowie i chyba czuła, że straciła oręże, bo merytoryczna dyskusja na nikim już nie robi wrażenia. Zostały radykalnie zmienione zasady gry na takie, których ona absolutnie nie akceptowała. Mogła się spierać i bardzo dobrze się czuła w ostrym dyskursie politycznym, natomiast jednak z zachowaniem niesamowitego profesjonalizmu, rzetelności, a nie butą i ignorancją. Na to miała już chyba za mało sił. Choć muszę tu zastrzec, że ciocia nigdy nie generalizowała i w samym PiS dostrzegała wartościowych ludzi. Profesjonalnych polityków. Uwielbiała profesjonalnych polityków.

– Była pierwszą damą polskiego dziennikarstwa, miała w sobie wielką klasę.
– Kluczem jest tutaj właśnie słowo profesjonalizm. Ciocia mogła dyskutować z ludźmi, którzy mieli odmienne zdanie. Pod warunkiem, że byli profesjonalistami. Mieli wiedzę. A ona bardzo często podkreślała, że to jest banda przypadkowych ludzi, nieznających się na polityce.
Pamiętam, gdy Leszek Miller dochodził do władzy. Ciocia przyszła do mieszkania i tak jak nigdy nie opowiadała o polityce, to ten obraz mi utkwił w głowie… Mówiła, że w życiu nie widziała, żeby ktoś się tak przygotowywał do objęcia władzy jak Miller. Na tablicy miał rozrysowany cały system, bardzo szczegółowo, co zrobiło na niej niesamowicie duże wrażenie. A ciężko było zrobić na niej dobre wrażenie (śmiech). I to nie była sama przychylność Millerowi, tylko zapracował sobie pracowitością i profesjonalizmem na jej szacunek. Niezależnie, jak byśmy go potem oceniali.

– Redaktor Paradowska wydawała się zasadnicza, ostra, ale niesamowicie imponowała pokoleniom dziennikarzy. Wielu chciałoby mieć taką umiejętność bezkompromisowego i błyskotliwego osądu. Była taka wymagająca wobec rozmówców politycznych czy również względem swoich współpracowników?
– Z racji wieku w ślad za wymaganiem najwyższej rzetelności, profesjonalizmu i pracy szła jej pomoc, zwłaszcza w stosunku do młodych osób. Ciocia nigdy nie wymagała nie pomagając. Robiła to na ogół dyskretnie, sugerując pewne rozwiązania, świecąc przykładem. Myślę, że młodzi dziennikarze związani z ciocią mogli się dzięki temu bardzo wiele nauczyć. Ogromnego profesjonalizmu, wynikającego z ciężkiej pracy. Surowo oceniała siebie, swoich współpracowników, a czasami rodzinę i przyjaciół. Nie wiem, czy tymi cechami można się chwalić, ale mam je wspólne genetycznie z ciocią. Jednak zawsze w głębi serca podchodzimy do innych z dużą wrażliwością, choć na zewnątrz nie zawsze to widać. Zawsze jednak najpierw i najwięcej wymagaliśmy od siebie, mniej liczyliśmy na pomoc innych.

– I jesteście przywiązani – do ludzi i do miejsc. Wracając z Warszawy do Krakowa wracała do domu?
– W Warszawie ciocia spędziła właściwie całe zawodowe życie. Kraków był jej oazą, miejscem, które uwielbiała, powrotem do czasów studenckich, do przyjaciół, do rodziny. I do obwarzanków, które uwielbiała! Ciocia zawsze wychodząc z pociągu natychmiast kupowała obwarzanka i ile razy szliśmy na rynek czy do kawiarni to przy pierwszej nadarzającej się okazji od razu musiała się w nie zaopatrzyć. Kraków pozostał w jej sercu i bardzo dobrze się tutaj czuła. Jest dosyć charakterystyczne to, że kiedy ciocia kupowała mieszkanie, potem zmieniła na inne, to jednak zrobiła to w Krakowie. Chciała mieć tutaj swoją przystań i gdy żył jeszcze wujek Jurek myśleli o tym, że na stare lata osiądą w Krakowie.

Uroczystość nadania imienia Janiny Paradowskiej skwerowi przy ul. Łobzowskiej

Uroczystość nadania imienia Janiny Paradowskiej skwerowi przy ul. Łobzowskiej

(fot. W. Majka/krakow.pl)

– Niestety nie zdążyli… Jednak Kraków o Pana Cioci nigdy nie zapomni. Pięć lat po śmierci Janiny Paradowskiej nadano skwerowi przy ulicy Łobzowskiej jej imię.
– Ta inicjatywa jest przepiękna i bardzo za nią dziękuję inicjatorowi, radnemu Kazimierzowi Chrzanowskiemu, przewodniczącej komisji kultury Małgorzacie Jantos, władzom miasta i wszystkim zaangażowanym w realizację tego przedsięwzięcia. Wyobrażam sobie, ile było w tym bezinteresownego poświęcenia, czasu w tej codziennej gonitwie. Rzadko się już zdarza, żeby ktoś zrobił coś bezinteresownie dla innej osoby, i to zmarłej.

– Pierwsze mieszkanie, które pani Janina kupiła w Krakowie było tuż obok, na ulicy Krowoderskiej.
– Wybrano miejsce, z którego ogromnie by się cieszyła – miejsce bardzo blisko jej serca.

Rozmawiała Martyna Nowakowska
AR Wenecja

W czwartek, 2 września o godz. 12 odbyła się uroczystość nazwania imieniem Janiny Paradowskiej skweru przy ul. Łobzowskiej (naprzeciwko numeru 49). W wydarzeniu udział wzięli m.in. prezydent Krakowa Jacek Majchrowski oraz rodzina dziennikarki.

- Advertisement -spot_img

Przeczytaj również

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
- Advertisement -spot_img

Najnowsze

KRK News Poleca